STARTUJ Z HP NEWS! | DODAJ DO ULUBIONYCH | POLEĆ HARRY POTTER NEWS! | WSPÓŁPRACA Z HP NEWS | KONTAKT
Harry Potter - Newsy Harry Potter i Insygnia Śmierci Harry Potter - Artykuły Forum Harry Potter News Harry Potter News - księga gości Informacje o Harry Potter News  

Wiadomości: Książki Siódmy tom Filmy Wywiady Fan Fiction Fan Zone
HPNews.pl
   O stronie   Redakcja   K. Recenzentów   Kontakt   Prorok   Forum   Chat ()   FAQ   Prasa o nas   TOP 10   Mapa serwisu   Szukaj...
Menu
KsiążkiSiódmy tomFilmyPiąty filmGryHP NewsInneArchiwum
K. FilozoficznyK. TajemnicW. AzkabanuCzara OgniaZakon FeniksaKsiążę PółkrwiInsygnia Śmierci
K. FilozoficznyK. TajemnicW. AzkabanuCzara OgniaZakon Feniksa

Książki:O książkachJ.K. RowlingA. PolkowskiMary GrandPreWydawnictwaJak powstał HP?Błędy autorkiCiekawostkiSłownik ZaklęćHP w liczbachCzarna MagiaKim jest R.A.B.?Czarna Seria
Filmy:O filmachReżyserzyProducentAktorzyUrodziny aktorówBłędy w filmach
Świat Magii:HogwartQuidditchCzarna MagiaMagiczne...?SmokiWMIGUROK
Twoje kontoE-kartkiPWRanking fanówFan FictionGaleriaPsychotestyQuizyFan MiesiącaDownloadWasze listyDowcipyLinkiWyślij newsaWyślij artykułDołącz do nas!
K. FilozoficznyK. TajemnicW. AzkabanuCzara OgniaZakon FeniksaQuidditch WC
 FORUM:Ogólna dyskusjaKsiążkiFilmyGryHarry Potter 6Harry Potter 7StronaFan FictionFan ArtInna twórczośćOff-Topic
Sponsorzy

Aktualnie brak

Login
Pseudonim

Hasło

Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów.
Cytat dnia

"Jeśli chcesz poznać człowieka, patrz, jak traktuje podwładnych, a nie równych sobie." - Syriusz Black

Konkurs!
HPNews.pl organizuje konkurs na najlepsze opowiadanie fan-fiction. Pokaż swój talent! Napisz opowiadanie!

HPNews.pl » Artykuły » Fan Fiction » Pamiętnik Wilkołaka - część 2


Pamiętnik Wilkołaka - część 2

*** ***

Może dziś kolejna porcja wspomnień?
Możesz protestować, ale co to da? Ja i tak zrobię swoje!
Mam dzisiaj dobry humor, a to nie zdarza się często.
Ostatnio opisywałem wspólne wakacje niezwyciężonych Huncwotów, ale nie uwieczniłem wszystkich naszych przygód. Tak więc dzisiaj ciąg dalszy!


***6***

Bodajże czwartego dnia tamtego słonecznego lipca James’a znowu naszła ochota na zrobienie czegoś, czego ja bym nie pochwalał. Rozważali z Syriuszem próbę znalezienia nowego Smarka, ale uznali, że nikt nie ma takich włosów jak on. Zrezygnowani, ale w dobrych humorach ruszyli za mną i Petere’m. Nie wiedzieliśmy gdzie się podziać, więc pomysł Łapy o odwiedzeniu Kristy Nolan przyjęliśmy z entuzjazmem.

Biedna Kristy… Gdy nam otworzyła znów mogliśmy podziwiać jak zmieniają się kolory na jej twarzy. Najpierw bieluteńka jak ściana, później lekko zielona, a na końcu czerwieńsza niż ja po incydencie skromnie nazwanym przez Łapę „Wielkim podrywem”.

Tak Syriusz działał na kobiety… Zupełnie rozpływały się na jego widok. Najgorsze były te, które późną wiosną, gdy cały Hogwart wyległ na błonia, krzyczały, żeby zdjął szkolna szatę i im ją rzucił. Raz zdjął… Dziewczęta najpierw zamarły, a później zanosząc się histerycznym szlochem wołały, żeby im ją wreszcie rzucił. Rzucił…

Podsumowując: Gryffindor stracił 50 punktów za, jak to określiła McGonagall „… wybryk niegodny szanującego się ucznia Hogwartu! Ubierz się Black…”, a dwanaście dziewcząt z objawami ciężkiego pobicia wylądowało w skrzydle szpitalnym.

Dwa tygodnie po tym zdarzeniu minąłem na korytarzu dziewczyny rozprawiające o tym czy kawałek szaty Black’a oprawić w ramkę, czy raczej zrobić z niej wisiorek.

Może wrócę do Kristy. Biedna dziewczyna… Zadurzyła się w Syriuszu. Otwarła nam drzwi i nie wiedziała co robić dalej. Na szczęście my wiedzieliśmy – wtłoczyliśmy się do wąskiego przedsionka. Kristy już nieco otrzeźwiała, bo była w stanie mówić.

-Cześć Syriusz. – powiedziała rozanielona, a James przewrócił oczami.

-Hej Kristy! Czy mi się wydaje, czy wypiękniałaś? – stały, uniwersalny i charakterystyczny dla Łapy tekst. Poza tym wczoraj zapytał o to samo.

Co na to Kristy? O mały włos nie zemdlała. Właśnie zastanawiałem się czy w razie czego zdążę ją złapać, gdy nagle pojawił się pan Nolan. Jakimś cudem po kilku chwilach siedzieliśmy w przytulnym, niepokojąco fioletowym salonie popijając wyśmienitą herbatę. Uwagę wszystkich Huncwotów przykuła kolekcja obrzydliwych serwisów do kawy. Najgorszy był ten z różowymi kotkami brykającymi na łące. Ale były też inne, równie urodziwe. Na pewnym komplecie przedstawiono dwa hipogryfy. Jeden odgryzał drugiemu głowę. Na pewno miło się piło z takich filiżanek.

Łapa i Rogacz świetnie się bawili rozmawiając z gospodarzem o wszędzie panoszącym się wandalizmie. Warto wspomnieć, że zaciekle przedyskutowali sprawę niesamowitego zniknięcia jabłek z całej gałęzi drzewa stojącego w sadzie pana Nolan’a.

Ugrzęźliśmy w głębokich fotelach i w żaden sposób nie udało się nam stamtąd wyrwać przed południem. Kristy wpatrzona w Syriusza jak w obrazek przemieszczała się z miejsca na miejsce jak w jakimś letargu, a my opierając się gospodyni, która próbowała nam wytłumaczyć, że musimy zabrać ze sobą kilka pasztecików domowej roboty, próbowaliśmy wyrwać się na zewnątrz.

Słowo „kilka” w mniemaniu pani Nolan może równie dobrze znaczyć „tona”.

Uginając się pod ciężarem, jak się później okazało, zdradzieckich pasztecików udaliśmy się w stronę przedsionka. Syriusz rzucił nam jedno ze swoich niepokojących spojrzeń znaczące mniej więcej „za chwilę nastąpi gwóźdź programu”.

Black na pożegnanie cmoknął w policzek i tak roztrzęsioną już Kristy. Wiedzieliśmy co się stanie, jaki będzie efekt. Dziękując za gościnę wypadliśmy na zewnątrz zatrzaskując za sobą drzwi. Nie trzeba było długo czekać. Zanim puściliśmy się biegiem w stronę lasu zdążyliśmy usłyszeć jak Kristy z wrażenia wybucha płaczem.

Kiedy zatrzymaliśmy się w lesie James stwierdził, że jest głodny (on cały czas coś jadł!). Stwierdziliśmy, że możemy zjeść paszteciki od pani Nolan. Od śniadania nie mieliśmy nic w ustach. Niezbyt długo się zastanawiając pochłonęliśmy wszystko, co nadawało się do jedzenia i było na wyciągnięcie ręki.

Paszteciki zniknęły po dziesięciu minutach. I to był nasz wielki błąd… Wróciliśmy do domu. Ja i James zalegliśmy w fotelach, Syriusz rozciągnął się na kanapie, a Peter podejrzanie długo zajmował toaletę… Po kilku godzinach o dostęp do niej toczyły się bójki. I po co nam było jeść te paszteciki...

Na szczęście mama jak zwykle znalazła sposób na uratowanie nam życia. Wyszperała przepis na jakiś eliksir i po kilkunastu minutach mogliśmy bez obaw siedzieć fotelach. Uff…

Resztę dnia włóczyliśmy się po okolicy przy akompaniamencie westchnień nowego fan klubu Łapy.

-Jeżeli ta blondynka nie przestanie dyszeć mi za plecami to zaraz w nią walnę jakimś urokiem! – powiedział mi szeptem James, który też najwidoczniej przyciągnął wielbicielkę. Oczywiście uparcie twierdził, że to promieniuje od Syriusza, a on jest tylko niczego nie świadomą ofiarą „boskiego Black’a”. Potem poprosił go o autograf, a Łapa chętnie podpisał podstawiony przez niego kawałek pergaminu.

Kiedy zobaczył to fan klub nie było odwrotu. Musieliśmy otoczyć Syriusza, żeby dziewczyny nie stratowały go na śmierć.

Przez moment mieliśmy mały problem, bo kiedy Rogacz usłyszał, że Patty Johnson chce, żeby Syriusz podpisał się jej na stroju kąpielowym dostał nagłego ataku śmiechu.

Zaczynałem bać się o nasze życie, a w pewnym momencie miałem przeczucie, że lepiej zakończyć ten cyrk, bo zaraz zacznie nam nad głowami latać bielizna. Tak więc James zaczął krzyczeć „Wilkołak! Wilkołak!”, a przerażone dziewczęta z krzykiem rzuciły się do ucieczki. Nikogo nie obchodził fakt, że do pełni pozostało jeszcze kilka tygodni, a wilkołaki nie lubią światła, więc prawdopodobieństwo spotkania któregoś wczesnym, letnim popołudniem było bliskie zera. Ale udało się i fanki Syriusza zwiały gdzie czyrakobulwy rosną. Sam bohater akcji turlał się ze śmiechu mówiąc przez łzy, że to jego rekord jeżeli chodzi o rozdawanie autografów.

Postawiliśmy go na nogi i nie czując potrzeby dalszej wędrówki ruszyliśmy w drogę powrotną do domu, gdzie czekało na nas coś innego niż paszteciki domowej roboty.

Około północy rozmowę przerwał nam dziwny dźwięk wydobywający się spod uchylonego okna w moim pokoju. Ktoś próbował się włamać. Nie używał różdżki, więc musiał to być mugol. My jako nieletni czarodzieje nie mogliśmy użyć czarów, więc zaczailiśmy się na włamywacza, który równie dobrze mógłby być mordercą. Stanęliśmy z James’em po obu stronach okna każdy uzbrojony w egzemplarz „Historii powstań goblinów na przełomie XVI i XVII wieku ze szczególnym uwzględnieniem daty 07.04.1687r.” gotowi użyć ich w obronie własnej. Syriusz zaczaił się za łóżkiem, pod które najpierw musieliśmy wepchnąć sztywnego ze strachu Peter’a. Zastygliśmy w tych pozycjach czekając na kolejne posunięcie bandyty. Cichą skrzypiąc otwarło się okno… Ktoś powoli wspinał się na parapet…

-JUŻ!- krzyknął James i ruszyliśmy na wroga. Zamachnąłem się i trafiłem w… Rogacza! Wyobraźcie sobie moją minę! Stałem osłupiały, a ten nie mógł się zatrzymać i ja też oberwałem z „Historii powstań goblinów…”! Leżeliśmy na podłodze z porządnymi krwotokami z nosów, a Syriusz wyskoczył z kryjówki z wyciągniętą różdżką gotowy do ataku. Z dzikim okrzykiem ruszył w stronę włamywacza, który z dziewczęcym (!) krzykiem potknął się o moje nogi. I tak Glizdogon leżał pod łóżkiem, my z James’em broczący (ciekawe słowo) krwią podnosiliśmy się na nogi, a Syriusz wyraźnie ogłupiały stał nad… Kristy!

Tak! Tym niedoszłym mordercą była Kristy Nolan. Oprzytomnieliśmy nieco i zaczęliśmy wrzeszczeć na dziewczynę, która dalej siedziała na podłodze. Te hałasy musieli usłyszeć rodzice bo po kilku chwilach w drzwiach stanął tata. Staje i co widzi? Swojego syna i jego przyjaciela uwalanych krwią, jednego ze swoich gości leżącego pod łóżkiem, córkę sąsiada będącą o krok od płaczu i jeszcze jednego chłopaka wydzierającego się podobnie jak dwaj pierwsi gentelmani na dziewczynę, która tym razem nie wytrzymała i zaczęła szlochać. Któryś z nas powiedział, że sobie poradzimy i naprawdę nic nam nie jest. Tata osłupiały wyszedł zamykając za sobą drzwi. Już nie wrócił. A my na wszystkie znane nam sposoby staraliśmy się udobruchać Kristy i sprawić, żeby przestała płakać.

Na szczęście mieliśmy tam Syriusza. On jeden opamiętał się i skoczył w stronę dziewczyny. Przeprosił i przytulił ją co w efekcie przyniosło upragniony efekt –przestała łkać. Ja i James zajęliśmy się sobą i zatamowaliśmy krwawienie. Peter wygramolił się spod łóżka. Syriusz zaoferował, że odprowadzi Kristy do domu i po kilku minutach zamykałem za nimi drzwi. Kiedy wrócił okazało się dlaczego dziewczyna próbowała się włamać do mojego pokoju. Otóż chciała… popatrzeć na Syriusza.

Znowu nie mam pojęcia co sprawiało, że tak ciągnęło do niego dziewczyny…

***7***

- JAMES!!!- wrzeszczał Syriusz – JAMES!!! EVANS IDZIE!!!

Rzeczywiście szła.

-JESTEM GOTOWY!!! – wydarł się w odpowiedzi Rogacz.

Na korytarzu był tłok, więc nikt nie zwracał większej uwagi na Bandę Potter’a. Banda Potter’a… Nie pamiętał kto nas tak ochrzcił, ale trzeba przyznać, że ta nazwa nie specjalnie nam przeszkadzała, a wręcz przeciwnie – napawała dumą.

Kolejna zasadzka na Lilly.

James zaczaił się za posągiem Marcus’a Gershow’a i znowu miał zamiar oświadczyć się przyszłej pani Potter. Tym razem chciał z tego zrobić widowisko dla całej szkoły.

-James już!- wyszeptał Syriusz nagle materializując się obok przyjaciela. Mnie to przedstawienie bardziej ciekawiło niż cieszyło. Stałem przy oknie obładowany książkami (jak zwykle…) i nie przeszkadzając nikomu czekałem na rozwój wydarzeń. Lilly przemknęła obok mnie mówiąc „Cześć”, potem nagle się zatrzymała.

-Remus co ci jest?- zapytała lekko podnosząc się na palcach, żeby zmniejszyć różnicę wzrostu. Wpatrywała mi się w twarz z troską, a ja bardzo inteligentnie odpowiedziałem:

-Słucham?

-Źle wyglądasz. Coś się stało?- ciągnęła.

-Nie… Wydaje ci się…- a co miałem odpowiedzieć, że zbliża się pełnia i czuję się coraz gorzej, bo akurat jestem wilkołakiem?

-Remus poważnie. Chodź!- powiedziała stanowczo i pociągnęła mnie za rękaw.

Zupełnie nie wiedziałem jak mam się zachować. W geście desperacji odwróciłem się w stronę chłopców, którzy byli zdziwieni mniej więcej w tym samym stopniu co ja. James klęczał z bukietem fioletowych róż (najpierw musieliśmy się sporo namęczyć, żeby zrobiły się fioletowe), a jeden pąk smętnie spadł na kamienną podłogę. Nie podniósł się z klęczek tylko gapił się w naszą stronę wzrokiem zbitego pieska. Łapa machał rękoma nad głową i zawzięcie kręcił głową co miało znaczyć „Wracaj!”, a Pete kręcił się między nimi.

Lilly dalej trzymając moją rękę szła naprzód. Nikt nie zwracał na nas uwagi, ale mnie wydawało się, że cały Hogwart dusi się ze śmiechu.

Zupełnie skołowany powlokłem się za nią. Po drodze pękła mi torba. Skórzany pas strzelił i wszystkie opasłe tomiszcza jakie miałem w środku z głuchym uderzeniem zleciały na podłogę, kałamarz rozprysł się w mgnieniu oka i czarna struga atramentu popłynęła w stronę lochów. Twarz zapłonęła mi żywym ogniem. Lilly zatrzymała się i pomogła mi zebrać rzeczy. Zapytałem nieśmiało gdzie mnie prowadzi.

-Jako to gdzie! Do skrzydła szpitalnego. Wyglądasz jak byś miał zaraz pożegnać się ze światem. Nie próbuj protestować! – właśnie chciałem otworzyć usta- Idziemy!

I znowu chwyciła mnie za rękę, a po chwili dziarsko ruszyła przed siebie. Nie powiem, żeby ten uścisk mi przeszkadzał, ale bądź co bądź czułem się nieswojo. W końcu Lilly zawsze była śliczna i onieśmielała mnie zarówno urodą jak i bezpośredniością. Parła naprzód, aż w końcu dotarliśmy pod drzwi gabinetu pani Pomfrey.

Może jednak miała racje. Czułem się coraz gorzej i gdyby się nie pojawiła tam na korytarzu to teraz by mnie musieli tu przynieść.

Było mi bardzo zimno. Zacząłem drżeć i pot wystąpił mi na czoło. Lilly z przerażeniem patrzyła na to co się ze mną działo.

-Chodź, jeszcze trochę.- powiedziała, aj ja musiałem się na niej wesprzeć. Czułem się jak ostatni idiota – Lilly uginała się pod moim ciężarem, a ja nie mogłem nic na to poradzić. Nie mogło być lepiej – było coraz gorzej.

Tej nocy wypadała kolejna pełnia.

Było już późne popołudnie, lekcje się skończyły, a Remus Lupin ledwo trzymał się na nogach. Pani Pomfrey podziękowała Lilly za fatygę i uprzejmie, acz stanowczo kazała jej wracać do reszty uczniów.

W ogóle nie chciała się stamtąd ruszyć. Protestowała, tupała i żadne prośby pielęgniarki do niej nie docierały.

Ja leżałem na jednym z łóżek i ciężko mi było oddychać, ale nie chciałem, żeby się dowiedziała. Chciałem żeby wróciła do koleżanek, a nie marnowała tu czas ze mną. Poza tym marnowanie czasu ze mną podczas pełni jest niebezpieczne. Popołudnie niebezpiecznie szybko się kończyło, a ja dalej byłem między ludźmi.

Wreszcie sam musiałem interweniować.

-Lilly… proszę… wracaj…do… reszty… Idź… proszę…- coraz trudniej było mi mówić.

-Ani mi się śni!- zawsze była uparta.

-Lilly…proszę…

Męczyłem się oddychając. Zauważyła to i wyszła.

Bałem się, że mógłbym zrobić jej krzywdę.

Pani Pomfrey musiała użyć czarów, żeby odeskortować mnie do Wrzeszczącej Chaty. Potem przyszła noc i już nie dało się tego zatrzymać.

Przemieniłem się.

A potem nic. Czarna dziura w pamięci. To mnie irytuje. Ten brak świadomości swoich czynów.

Z opowieści Łapy, Rogacza i Glizdogon dowiedziałem się, że kiedy szli w stronę wyjścia na błonia minęła ich Lilly. Była roztrzęsiona i nawet nie nakrzyczała na James’a.

Kobiety po spotkaniu z Syriuszem omdlewały ze szczęścia – po spędzeniu czasu ze mną… Szkoda mówić. Wystarczy przeczytać jaka była reakcja Lilly.

Opowiedzieli mi też, że tamtej nocy kiedy pojawili się w mojej kryjówce byłem w jakimś szale. Rozwalałem co się da, wyłem i ogólnie rzecz biorąc nie byłem zbyt przyjemny.

Po powrocie do ludzkiej postaci byłem zbyt wyczerpany, żeby siedzieć, nie wspominając o chodzeniu. Potem znowu luka w pamięci.

Obudziłem się w skrzydle szpitalnym. Pani Pomfrey rozłożyła parawan oddzielając mnie od reszty chorych. Różniło nas to, że oni się wyleczą ja – nie. Leżałem jakiś czas. Dalej byłem wyczerpany.

Organizm wilkołaka przed przemianą musi zebrać siły. Metamorfoza w tą bestię wymaga ogromnego nakładu energii. W końcu przemieszczeniu ulegają kości i narządy wewnętrzne. Kilka dni przed pełnią zaczynają się pojawiać pierwsze symptomy. Zmęczenie, chwilowe zaniki pamięci… Później pełnia. Kiedy Księżyca ubędzie powrotem zamieniam się w człowieka, ale kolejne kilka dni mam wyrwane z życiorysu – regeneracja. Organizm musi się zregenerować.

Więc, leżałem na szpitalnym łóżku usiłując sobie przypomnieć ostatnio usłyszany wykład na temat buntów trolli. Zasnąłem. Gdy się znowu obudziłem o mały włos nie straciłem przytomności – Lilly Evans siedziała przy moim łóżku.

-Cześć Remus. – powiedziała

-!!!

-Coś się stało? Zawołać panią Pomfrey? Pani Pomf…!

-Nie Lilly nie trzeba.

Siedziała na krześle przerażona. Bała się, że zaraz dostanę jakiegoś ataku czy czegoś podobnego.

-Remus co się stało?

-Nic- to była święta prawda, bo naprawdę wtedy się nic nie wydarzyło.

-Nie o to mi chodzi. Co się stało WTEDY.

Przestraszyłem się.

-Nie chcesz wiedzieć…- zacząłem.

-Remusie ja się domyślam…

-Co?! – wypaliłem i poderwałem się z łóżka.

-Spokojnie. – odpowiedziała Lilly nie pozwalając mi wstać – Ja się domyśliłam… Wiesz te zniknięcia, choroby, wyjazdy…

-!!!

-Spokojnie.

-!!!!!!!

-Ja się domyśliłam po tym co się stało ostatnio. To była pełnia…

Odwróciłem głowę – wstydziłem się siebie.

-Nie proszę… Ja nie chciałam cię obrazić…

-Ty mnie nie obraziłaś… Ja po prostu… - nie wiedziałem co powiedzieć - ktoś odkrył moją tajemnicę.

-Przepraszam… może już pójdę…- głos się jej łamał.

-Nie poczekaj. Lilly wróć.- czułbym się winny gdybym ją z tym zostawił.

Opowiedziałem jej wszystko od początku do końca.

I tak Lilly Evans wdarła się do mojego świata. Nie była oczekiwana, ale bardzo potrzebna.

***8***

Ten rozdział opisuje pewne zdarzenie z życia Remusa Lupina nie bez powodu. Otóż 10 marca nasz bohater obchodził swoje urodziny! Wszystkiego najlepszego!!!

Agnieszka



Obudziłem się i zanim do mnie dotarło jak mam na imię nad łóżkiem przeleciały cztery sowy upuszczając listy i kilka paczek. Usiadłem i rozejrzałem się po pokoju. James właśnie zamykał okno, a reszta chłopców jeszcze spała. Uśmiechnął się do mnie i powiedział:

-Cześć Lunatyku!

-Cześć…- powiedziałem nieco nieprzytomnie – Skąd te sowy?

-Siedziały na parapecie to je wpuściłem.

Zerknąłem na łóżko. Leżały na nim cztery koperty i trzy paczki. James właśnie wyszedł. Przetarłem oczy i chwyciłem za pierwszy list. Otwarłem go i przeczytałem jego treść trzy razy zanim dotarło do mnie, jaki mamy dziś dzień. Poznałem staranne pismo mamy.

Synku!

Z okazji Twoich piętnastych urodzin składamy ci z tatą najlepsze życzenia!

P.S. Ubieraj się ciepło i jedz śniadania.

Rodzice

Później odszukałem pakunek zaadresowany przez mamę i rozdarłem papier. Rodzice od zawsze wiedzieli co lubię, mianowicie kocham czytać. Tak, więc przysłali mi pięknie wydany egzemplarz książki „Animadzy, czyli jak obudzić drzemiące w sobie zwierzę”. Zaśmiałem się cicho pod nosem. Ani mama, ani tata nie mięli pojęcia o tym co Rogacz, Łapa i Glizdogon dla mnie zrobili, więc tym bardziej ucieszyłem się z prezentu. Już widziałem miny chłopców, gdy dowiedzą się co dostałem. Peter na pewno będzie przerażony, a James i Syriusz powiedzą coś w rodzaju „Wreszcie dowiem się jakie zwierze we mnie drzemie!”, albo będą przez następny tydzień wołać do siebie „Ty zwierzaku!”. Następnie chwyciłem kolejną kopertę.

Remusie!

Wszystkiego najlepszego z okazji trzynastych urodzin.

Wujek Pierre

Nie mogłem się powstrzymać i ryknąłem ze śmiechu. Wujek zawsze zapominał, które urodziny będę obchodził. Czasami wylatywało mu z pamięci moje imię, więc sama świadomość, że tym razem pamiętał jak się nazywam robiła mi dużą przyjemność.

Mój wrzask obudził pozostałych Huncwotów.

-Boże, kogo mordują?! – wykrzyknął Peter zrywając się z łóżka na równe nogi.

-Spokojnie to tylko ja- odpowiedziałem i zerknąłem w stronę potężnie ziewającego Syriusza. Na nim nawet trzęsienie ziemi, wybuch wulkanu i tornado w sypialni nie zrobiłoby wrażenia. Przeciągnął się i wreszcie wydobył z siebie głos:

- Cześć. Co wy tu robicie o drugiej w nocy? - (była za dwadzieścia dziesiąta rano).

- Nic. Śpij dalej – powiedziałem i głowa Łapy ponownie spoczęła na poduszce, a po chwili dało się słyszeć beztroskie chrapanie.

Kolejne listy były, od cioci Claire i od pana Gerarda. Pan Gerard był naszym sąsiadem, gdy jeszcze mieszkaliśmy w Marsylii. Często u nas bywał. Nic dziwnego. Poznali się z moim tatą w Beauxbatons i tam też się zaprzyjaźnili. Lubiłem go. Zawsze był miły i nigdy nie zapominał o urodzinach kogokolwiek z naszej rodziny.

Jedna z paczek była od państwa Potter’ów. W środku znajdował się krótki list, w którym życzyli mi „wszystkiego najlepszego”. Od rodziców James’a dostałem fałszoskop.

Ostatni pakunek był od cioci Claire. W prezencie przysłała mi wyjątkowo gruby szalik i parę rękawiczek. Ciocia należała do tej części rodziny, która nie wiedziała o moim wilkołactwie i nawet do tej pory żyje w przeświadczeniu, że mam bardzo wątłe zdrowie.

W dobrym humorze zszedłem do Wielkiej Sali na śniadanie (jak kazała mama). Zjadłem i czekałem na chłopców.

Nie miałem już takiego dobrego samopoczucia.

Lilly kilka razy przeszła obok mnie i chociaż powiedziała „Cześć” nie było mi wesoło. Wiedziała kiedy mam urodziny, ale najwidoczniej musiała zapomnieć, że to właśnie dzisiaj jest 10 marca.

Huncwoci nie dotarli na śniadanie. Właśnie wracałem po książki, gdy nagle zza rogu wypadł Snape. Zderzyliśmy się i z hukiem wylądowaliśmy na kamiennej podłodze. Pozbierałem się i podałem mu rękę, żeby też się podniósł, ale gdy zobaczyłem jego minę machinalnie cofnąłem się o krok. Ohydny grymas wykrzywił jego bladą twarz. Wstał i powiedział do mnie:

-Nie potrzebuję pomocy. Zwłaszcza od takich jak ty. – wyprostował się (sięgał mi do ramion) i poszedł w swoją stronę.

Wtedy Snape jeszcze nie wiedział o moje przypadłości, ale i bez tego potrafił zepsuć mi urodziny.

W podłym nastroju powlokłem się o pokoju wspólnego.

Pierwsi uczniowie kręcili się wokół stołów zbierając swoje rzeczy. Ja też zabrałem swoją torbę i ruszyłem w stronę klasy do transmutacji. Na korytarzu dopadli mnie chłopcy. Zupełnie nie zauważyli, że jestem przygnębiony. Trajkotali o quiditch’u i o Lilly (James). Wreszcie dotarliśmy do sali.

Po lekcjach Huncwoci polecieli do dormitorium, a ja nie mając nic do roboty powlokłem się do biblioteki.

Zawsze gdy coś mnie gryzło, albo miałem fatalne samopoczucie lądowałem w świątyni pani Pince. Nasza bibliotekarka wiedziała, że jestem wilkołakiem, podobnie jak cały personel Hogwartu, dlatego była dla mnie miła. Naprawdę była miła. Pozwalała mi ślęczeć nad książkami nieraz nawet do rana. Miałem nadzieję, że i tym razem się zgodzi, bo czułem, że tego dnia nie będę miał nic innego do roboty.

Przeszedłem przez drzwi i o mały włos się nie przewróciłem.

Huncwoci, Lilly, pani Pince, profesor McGonagall, pani Pomfrey i nawet Dumbledore stali tam z uśmiechami od ucha do ucha i szczerzyli do mnie zęby.

Musiałem wyglądać co najmniej dziwnie, bo na moment zamarli, ale już po chwili radośnie odśpiewali mi „Sto lat". Płonąłem na twarzy, ale dzielnie zniosłem tą próbę charakteru. Całe szczęście, że nie było tam innych uczniów, bo wtedy na pewno czmychnąłbym za jakiś regał. Cóż… Nie należę do grupy ludzi skrajnie nieśmiałych, ale też nie potrafię być tak bezpośredni jak np. był James.

Przyszedł czas na gratulacje i życzenia. Wyglądało to niecodziennie, bo wszyscy ustawili się w kolejce. Najpierw dyrektor.

- Remusie widzę, że określenie młodzieniec byłoby tu niewłaściwe, więc pozostaje mi panu życzyć wszystkiego najlepszego. – potem lekko się uśmiechnął i cichutko dodał – Gdybyś sobie nie mógł poradzić z czekoladowymi żabami to zapraszam do mnie. – mrugnął porozumiewawczo zza okularów-połówek i oddalił się.

Profesor McGonagall.

- Chłopcze piętnaście lat to piękny wiek, NAWET wbrew NIEKTÓRYM ZDARZENIOM. Sto lat Remusie. – i uścisnęła mnie. Do tej pory wydaje mi się to nieco dziwne, bo profesor Mcgonagall powszechnie znana jest ze swojej powściągliwości i nadmiernej dyplomatyczności, a tu ściska jakiegoś dzieciaka.

Pani Pomfrey (przez łzy, od czasu do czasu wycierając sobie nos).

- Remusie… Tak się cieszę… Wszystkiego najlepszego…Czego sobie zapragniesz… Sto lat… - zupełnie się rozkleiła, więc grzecznie podziękowałem.

Pani Pince.

- Remusie jesteś jedynym uczniem tej szkoły, który przychodzi do biblioteki z własnej woli, życzę ci żebyś dalej zgłębiał tajniki sztuk magicznych z nieustającą fascynacją. No i oczywiście wszystkiego najlepszego.

„…Dalej zgłębiał tajniki sztuk magicznych z nieustającą fascynacją.” – dziwne… Ale to w końcu bibliotekarka, a niektórzy twierdzą nawet, że w Dziale Ksiąg Zakazanych urządziła sobie sypialnie i nigdy stamtąd nie wychodzi.

Lilly Evans.

- Remusie wszystkiego najlepszego! – promienny uśmiech posłany w moją stronę – Tak się cieszę! – I rzuciła mi się na szyję. Zupełnie skołowany nieśmiało poklepałem ją po plecach.

Huncwoci (nareszcie!).

-Remusie… -zaczął James.

-…Sto lat… - krzyknął Syriusz.

-… Najlepsze życzenia… - wtrącił się Pete.

-...Czego tylko zechcesz. Oczywiście oprócz Lilly… - dodał Rogacz.

-…Wszystkiego najlep…- dopowiedział Łapa.

-…Najlepszego! – wpadł mu w słowo Glizdogon.

Jeszcze jakiś czas wsłuchiwałem się w te przyjacielskie okrzyki.

Cieszyłem się. Cieszyłem się jak każdy normalny nastolatek w dniu urodzin. Zapomniałem o moim wilkołactwie.

Wszyscy z apetytem zajadali się specjałami, jakie przyrządziły domowe skrzaty i jakie reszta Huncwotów zdobyła podczas wypadu do Miodowego Królestwa. Długo jeszcze się śmialiśmy i żartowaliśmy z byle głupstw. Około Pierwszej w nocy McGonagall zarządziła powrót do wieży Gryfonów. Dumbledore w szpiczastej, kolorowej czapeczce urodzinowej pomachał do nas wesoło, gdy wychodziliśmy.

Zasnąłem bardzo szybko, bardzo wyczerpany i bardzo szczęśliwy.

***9***

-NIE!!! – wrzasnąłem na całe gardło i wypadłem z pokoju wspólnego. Wściekły rzuciłem się na łóżko i ciężko dysząc przypomniałem sobie co przed chwilą się zdarzyło.

Pokłóciliśmy się. Ja, James i Syriusz. Wrzeszczeliśmy na siebie dobre 20 minut. O co poszło? Nie pamiętam. W pamięci wyryły mi się tylko te krzyki. Długo tego żałowaliśmy. Bardzo długo… Zwłaszcza dlatego, że Księżyca przybywało coraz szybciej, a wilkołaka nie wolno denerwować tuż przed pełnią…

-Więc co mam niby robić?! – krzyknął James i zerwał się z fotela na równe nogi. Kilkoro przerażonych pierwszoroczniaków czmychnęło do dormitorium.

-Nie wiem. Może Pan Potter Wspaniały ruszy wreszcie głową! – wydarł się w odpowiedzi wściekły Łapa – Zawsze JA muszę wszystko załatwiać! JA ślęczałem w gabinecie McGonagall i wysłuchiwałem jej umoralniającego kazania po tym jak TY rzuciłeś łajnobombę koło lochów! JA musiałem czyścić nocniki w skrzydle szpitalnym po tym jak TY zrobiłeś ze świecznika gryząca bestię! – drżał z furii.

-No nie! Black boi się gryzącego świecznika! – odpowiedział z jadowitą ironią w głosie James.

-Przestań Potter. Dobrze ci radzę. – wycedził Syriusz i powoli zacisnął pięści. Drewno w kominku trzasnęło złowieszczo i kilka cieni zaigrało na spiętej ze złości twarzy Łapy. Musiałem coś zrobić, bo za chwilę trzeba byłoby ich rozdzielać siłą.

-Chłopcy. No co wy… - zacząłem niepewnie, ale James nie dał mi dokończyć.

-Zamknij się Remus – nigdy wcześniej się tak do mnie nie odezwał. Zupełnie mnie zatkało. Wycofałem się zdębiały.

-Wracaj do biblioteki – powiedział z dziwnym uśmieszkiem Black – Może Pani Pince znajdzie ci jakąś ciekawą książkę o wilkołakach.

Stałem tam zupełnie osłupiały. Oni – moi przyjaciele pierwszy raz zakpili sobie z mojego wilkołactwa.

W pokoju wspólnym zostaliśmy my, jakieś dziewczyny z siódmej klasy i Carl Rubenfeld. Resztę wypłoszyły wrzaski Huncwotów. Jedno okno zostawiono uchylone. Silny podmuch październikowego wiatru przekartkował „Magiczne zwierzęta i inne potwory” leżące samotnie na jednym ze stolików.

-Przestańcie! –krzyknąłem i jakież było moje zdziwienie kiedy usłyszałem swój głos! – Przestańcie! – powtórzyłem.

Dziewczęta zerknęły na nas nieco wystraszonym wzrokiem i szybko ulotniły się do sypialni, a Carl porwał z fotela swój granatowy sweter i truchtem ruszył w stronę schodów. Zostaliśmy sami.

-Co?! – wydarł się Rogacz.

-CO?! Odbiło wam? Nigdy się tak nie zachowywaliście!

-Nie każdy jest grzecznym prefekcikiem Lupin. –odpowiedział złośliwie James.

-Właśnie. Może byś sprawdził jak tam rośnie Wierzba Bijąca i nam nie przeszkadzał – dodał Syriusz.

Miałem ochotę ich uderzyć. Obu. Kpili sobie z mojej nieuleczalnej choroby! Lupus hominis… Nie ma lekarstwa…

- Przestańcie! – warknąłem. Wystraszyli się. James opadł na puchatą kanapę, która z cichym sykiem zapadła się pod ciężarem jego szesnastoletniego ciała, a przez szczupłą twarz Łapy przemknął cień przerażenia.

To nie było warknięcie wściekłego człowieka, przypominało raczej odgłos wydawany przez rozjuszone zwierzę…bestię…wilkołaka…

-Rrrremus…- dodał po chwili Rogacz nieco rozdygotanym głosem.

-Co? – odburknąłem wściekły.

-Eeee…my…nie chcieliśmy…żeby…- tym razem odezwał się Łapa ważąc każde słowo, żeby mnie nie denerwować jeszcze bardziej.

Byliśmy miej więcej tak samo wściekli i zaskoczeni. Ja tym, że wykorzystali świadomość o mojej przypadłości w taki sposób, oni moją reakcją – nigdy wcześniej nie widzieli mnie tak wzburzonego.

-Ale wam nie wyszło! – zacząłem krzyczeć, chłopcy też.

-Boże Remus ty wszystko bierzesz do siebie! Mógłbyś raz odpuścić! – odezwał się James i niechcący strącił ręką kryształowy wazon stojący na jednym ze stołów służącym za biurko. Woda pociekła wijącymi się stróżkami aż na sam kraniec drewnianej płyty. Zerknąłem w tamtą stronę i zobaczyłem jak wsiąka w pergamin rozpuszczając atramentowe zawijasy. Tu i ówdzie krople skapywały na ciemno-bordowy dywan.

-Nie nie biorę do siebie wszystkiego! Tylko nie wiem czy do ciebie dociera, że jestem wilkołakiem i trudno mi puszczać mimo uszu wasze uwagi! Może znasz jakiegoś innego lupus hominis, ale ja nie, więc mi tu nie wyskakuj z takimi tekstami!- ryknąłem.

Boże…! Powiedziałem…nie – wykrzyczałem to, że jestem wilkołakiem. Ktoś mógł to usłyszeć.

-Jasna cholera! – syknął Potter - ręka którą strącił wazon krwawiła. Rozciął ją sobie na ostrej krawędzi naczynia.

-Tylko nie mdlej James – rzekł z drwiącym uśmieszkiem Łapa.

-Odwal się. – odparł w odpowiedzi okularnik i zatamował koszulką krwotok.

-Nie odwalę się.

-To była dobra rada Black.

-Dzięki mamo.

-Przestań.

-Nie!

-Black, jeżeli chcesz wrócić żywy do domu to się lepiej zamknij.

-Grozisz mi?

-A jak to brzmiało?

Nie poznawałem ich. Rodzina…znajomi…przyjaciele…Huncwoci… Sam też nie pozostawałem w tyle i dalej brnąłem w tę idiotyczną kłótnię.

-Możecie się wreszcie zamknąć?! – odkrzyknąłem zirytowany.

-Idź stąd Remus, to nie twoja sprawa. – odpowiedział Łapa

-J’y suis et j’y reste!!!

-Co? – zapytali jednocześnie.

-Tu jestem i tu zostaję!!! – przetłumaczyłem szybko.

To zostało mi do tej pory - kiedy się denerwuję zaczynam mówić po francusku.

-Cela me dèpasse!!!

-Co?

-Nie mogę tego pojąć!!! Jak możecie coś takiego robić?!

-Słuchaj Lupin, to sprawa między mną a Potterem. To on zaczął – nie ty. Ja muszę to z nim załatwić nie ty.

-Comparaison n'est pas raison!!!

-Co?

-Porównywanie niczego nie udowadnia!!! To teraz sprawa między nami wszystkimi!!!

Milczeliśmy przez chwilę, bo nie mogliśmy znaleźć słów. Słychać było tylko nasze wściekłe dyszenie.

Ostatnie drzazgi dopalały się w kominku, z zewnątrz zawiało jesiennym chłodem. Kilka zbłąkanych listków wirując wpadło do pomieszczenia. Wiatr rozwichrzył Potter’owi włosy. Zaczęło się robić zimno. Spostrzegłem, że dygocę nie tylko z gniewu, ale także z zimna. Byłem w cienkiej koszuli od szkolnego mundurku, a chłopcy mieli założone ciepłe swetry, więc niestraszne były im pierwsze lekkie przymrozki.

Podszedłem do okna i już miałem je zamknąć, kiedy za moimi plecami usłyszałem kolejną ostrą wymianę zdań.

-Musiałeś to powiedzieć, prawda? – zaczął Łapa.

-Nie musiałem, ale chciałem. – usłyszałem odpowiedź James’a.

-Ty...

-Co? Słownictwa ci zabrakło Black?

-Nie. Po prostu nie chcę, żebyś rozpłakał Potter.

-Ludzie! Szanowny pan Black troszczy się o innych! Myślałem, że w twojej rodzinie jest za to stryczek.

-Nie wspominaj o mojej rodzinie.

-Bo co?

-Bo ja tak mówię.

-I niby ja mam cię słuchać?

Nie wytrzymałem i z całej siły trzasnąłem okiennicami. Nieco przybrudzona szyba rozprysła się na miliony maleńkich kawałeczków. Odwróciłem się wściekły nie zważając na lodowate igiełki deszczu kłujące mnie w plecy.

-ZAMKNIJCIE SIĘ WRESZCIE!!!

-NIE!!!- odkrzyknęli jednocześnie.

-IDIOCI Z WAS!!! JEŻELI CHCECIE SIĘ POZABIJAĆ TO PROSZĘ BARDZO!!! NIE MAM ZAMIARU BRAĆ W TYM UDZIAŁU!!!- Odwróciłem się ruszyłem naprzód.

-Wracaj Remus! – wrzasnął Rogacz.

-NIE! – ryknąłem na całe gardło i wybiegłem do sypialni.

Leżałem na łóżku i przez głowę przebiegała mi tylko jedna myśl: „Idioci”.

Nie zasnąłem. Do świtu leżałem na pościeli.

Było coraz gorzej. Wszystko zaczęło mnie boleć. Trudniej było oddychać. Nawet myślenie było męczące.

Zbliżała się pełnia.

***10***

Obolały i potwornie zmęczony podniosłem się i usiadłem na brzegu łóżka. Przetarłem oczy i rozejrzałem się po sypialni. Peter chrapał w najlepsze, a Syriusz leżał na wznak i wpatrywał się w baldachim rozciągający się nad jego głową. Na pewno nie spał tej nocy. Zastanawiałem się co działo się z James’em, ale jak grom spadło na mnie wspomnienie wczorajszego wieczora.

Obrazili mnie. I to obrazili tak jak jeszcze nikt.

Wstałem i nie patrząc na Łapę ogarnąłem się nieco. Kiedy już byłem w stanie używalności, nie mając nic innego do roboty zszedłem do pokoju wspólnego. Na tej samej kanapie co wczoraj siedział Rogacz. Wątpię czy ruszył się stamtąd od czasu naszej kłótni.

Nawet na siebie nie zerknęliśmy.

Wyszedłem na korytarz i zaczerpnąłem chłodnego powietrza unoszącego się spokojnie między kamiennymi ścianami zamku. Po kilku głębokich wdechach myślałem trzeźwiej, a przejrzysty umysł był mi potrzebny. Zawsze przed pełnią muszę być bardzo przytomny, muszę szybko reagować, gdyby pojawiły się objawy...objawy zbliżającej się pełni.

Jakoś dowlokłem się na śniadanie. Dowlokłem, bo wszystko zaczęło się pogarszać.

Ledwo przetrzymałem transmutację, ale na historii magii już nie wytrzymałem. Cudem siedziałem na krześle, nie wspominając o staniu i już w ogóle nie mówiąc o chodzeniu. Nie odezwałem się, tylko (jak - nie wiem do tej pory) wyszedłem z sali i o mały włos nie zderzyłem się z Panią Pomfrey. Całe szczęście, że tam była.

-Boże, panie Lupin, co się dzieje?! – zapytała ze strachem.

-To chyba już…

Potem już nikt się nie odezwał. Udało się nam dotrzeć pod Wierzbę Bijącą. Było trudno, nie przeczę, ale się udało.

Byłem sam.

Chłopcy nie przyszli - po prostu ich nie było. Nie brakowało mi James’a Syriusza i Pteter’a, ale Rogacza, Łapy i Glizdogona tak. Gdy oni byli ze mną łatwiej znosiłem ból. Kiedy próbowałem zrobić jakąś głupotę, czy coś niebezpiecznego oni tam byli i nie pozwolili mi na to. Razem rozwalaliśmy rozklekotane krzesła i razem na siebie warczeliśmy. Razem się tłukliśmy, żeby po przemianie z uporem maniaka przepraszać się przez tydzień. Razem udawało się nam przetrwać tą noc, razem…razem…razem… Wszystko robiliśmy razem. Ale teraz nie było Nas, żeby dalej „wszystko robić razem” – byłem Ja. Sam.

Pogryzłem się. Pogryzłem bardzo boleśnie. Można powiedzieć, że o mało się nie zabiłem. Nie chciałem tego, ale tak strasznie bolało, że nie mogłem wytrzymać. Chciałem czuć cokolwiek innego, a ból, inny od tamtego, udało się osiągnąć najszybciej.

Pani Pomfrey znalazła mnie we Wrzeszczącej Chacie. Nie chcę pisać o tym jak wyglądałem. A wyglądałem potwornie - ledwo dało się zauważyć, że to ja.

Obudziłem się w skrzydle szpitalnym. Otworzyłem oczy i spróbowałem usiąść, ale kiedy tylko się ruszyłem ostry ból przeszył mnie na wskroś. Pani Pomfrey natychmiast pojawiła się przy moim łóżku i z zatroskaną miną przez piętnaście minut poprawiała pościel wygładzając nawet najmniejsze zmarszczki materiału. Chciałem zapytać co się stało, ale nie mogłem się odezwać. Nie mogłem mówić! Bezgłośnie poruszałem ustami. Zupełnie skołowany tkwiłem w szpitalnym łóżku przez całe popołudnie. Zbliżała się północ, a ja dalej próbowałem wydobyć z siebie jakikolwiek dźwięk. Nie mogłem. Pani Pomfrey widziała, że mnie to coraz bardziej męczy i przeraża. Powoli podniosła się z krzesła i jeszcze wolniej podeszła do mnie. Opowiedziała mi wszystko to, czego ja nie wiedziałem.

-Panie Lupin… - zaczęła niepewnie – Pewnie chciałby pan wiedzieć co się… i dlaczego… - nie chciała, albo nie mogła mi tego powiedzieć – Ja panu wszystko wytłumaczę – wzięła głęboki oddech i odczekała jeszcze chwilę. – Jak pan się domyśla trzy dni temu… – TRZY DNI?! - …udałam się do Wrzeszczącej Chaty, żeby pana stamtąd…odebrać – znalazła właściwe słowo – Kiedy weszłam…- cisza – Złamane jest siedem żeber, prawa noga w kolanie i w kostce - złamania otwarte, miał pan też wstrząśnienie mózgu, potem przez dwa dni był pan w śpiączce, z której na całe szczęście się wybudziłeś. Pamiętasz to chłopcze? – pokręciłem przecząco głową – Dochodzi do tego skomplikowane złamanie trzeciego…. Mówiąc prościej Remusie miałeś zupełnie strzaskaną nogę, prawą nogę… Jakoś udało mi się ja poskładać, ale najpierw musieliśmy cię przetransportować do Św. Munga… - nie mogłem w to uwierzyć – Cały jesteś potłuczony. Pewnie trudno ci oddychać, prawda? Na to nic nie poradzę… I jeszcze te pogryzienia…wszędzie… - głos jej się załamał – Poleżysz tu jeszcze parę tygodni. I jeszcze jedno - po hospitalizacji w Św. Mungu nie możesz mówić. Podano ci bardzo silny eliksir dzięki, któremu jeszcze jesteś wśród nas. Zanik strun głosowych jest jedynym efektem ubocznym, którego jak dotąd nie udało się wykluczyć. Będziesz mógł mówić za dwa, góra trzy dni. A teraz śpij chłopcze, bo na pewno jesteś zmęczony. – i wyszła.

Kto mi to zrobił??? Wiem – ja sam.

Pani Pomfrey zostawiła mnie sam na sam z kłębowiskiem najróżniejszych myśli. W żadnym wypadku radosnych. Gdyby porównać je do koloru, powiedzenie, że są one czarne byłoby kłamstwem. Czarny przy nich wydawałby się wyblakły jak szkolna szata, po kilkudziesięciu praniach.

Zlekceważyłem dobrą radę szkolnej pielęgniarki i nie położyłem się spać. Trudno było by zasnąć po tym co przed chwilą sobie przypomniałem. Jedna myśl oderwała się od tamtego chaotycznego kłębowiska i ujrzałem ją bardzo wyraźnie. Może nawet zbyt wyraźnie…

Miałem wtedy 6 lat. Lipiec… Wakacje… Przyjechał do nas wujek Francis, starszy brat mamy, ojciec trójki dorosłych wtedy już dzieci, mąż i jak się miało dwa tygodnie później okazać przyszły dziadek. Przyjechał sam. Wpadł na dwa dni, bo akurat był przejazdem, a sprawa, którą miał do załatwienia nie była pilna na tyle, by odebrać mu te dwa dni spędzone w domu siostry. Mówił do mamy Mała jako jedyny w rodzinie. Wszyscy inni, oprócz mnie, bo dla mnie zawsze pozostanie mamą, zwracali się do niej Christine, bo, co tu ukrywać, tak właśnie ma na imię.

Tata i wujek stali na werandzie i rozmawiali o wszystkim, czyli o niczym. Przedyskutowali przebieg ostatniego meczu naszej reprezentacji narodowej z drużyną Holandii. Holendrzy najprawdopodobniej wmontowali w miotły jakieś bliżej niezidentyfikowane dopalacze wątpliwego pochodzenia. Mecz przerwano i unieważniono, a oszuści wypadli z ligi. Rozmawiali też o Francji, o tym co się tam zmieniło i co można zmienić tutaj, w Anglii. Słyszałem o czym rozmawiają, bo co tu ukrywać, nieco podsłuchiwałem. Tata do tej pory jest dla mnie niezwykle ważną postacią, a w dzieciństwie chodziłem za nim krok w krok. Wujka widywałem rzadko, więc ciągnęło mnie nie do niego. Siedziałem pod frontowymi drzwiami ukryty w cieniu rzucanym przez wysoką dębową komodę i łapczywie chwytałem każde słowo wypływające z ust mężczyzn rozmawiających w świetle popołudniowego słońca. Pomarańczowe smugi spływały po drzewach, leniwie sunęły po trawnikach, by wreszcie zatrzymać się na dwóch sylwetkach. Niezniechęcone oporem, który stawiały postacie parły na przód. Świat wyglądał przedziwnie. Wszystko skąpane było w barwnych promieniach. To jedyna pora dnia, w której Ziemia wygląda na zmęczoną pracowitym dniem i przygotowującą się do nocy. Każda nawet najmniejsza istotka rozpoczyna niesamowity rytuał zwany potocznie „odpoczynkiem”, albo nawet „leniuchowaniem”.

Rozmawiali dalej i tematy zmieniały się jak w kalejdoskopie. W końcu zatrzymali się dłużej na jednym. Mówili o mnie.

-A co z Remusem? – zapytał wujek.

-Nie rozumiem…

-Jak się…czuje? – dlaczego przyszło mu to powiedzieć z takim trudem???

-Dobrze. Nie narzeka. – odpowiedział tata, ze znajomą mi, nutką w głosie. Był czujny, bo nie lubił, gdy ktoś zbytnio zagłębiał się w nasze prywatne sprawy.

-A co postanowiliście?

-Pójdziemy do z nim do Maxime, bo Christine chciała, żeby uczył się we francuskiej szkole. Jeżeli tam się nie uda to…

-Nie o to mi chodzi… Myślałem o tym co zamierzacie zrobić z Remusem.

-Co…??? – wyrzucił z siebie tata prawie szeptem

-Idźcie kiedyś na piknik we trójkę. – mówił ciszej niż przedtem jakby się bał, że ktoś nieproszony to usłyszy… i usłyszał. – Wyjdziecie we trójkę, a wrócicie we dwójkę…

-Mam tam zostawić Christine??? – wpadł wujkowi w słowo tata.

-Nie Gerard, wrócisz ty i Mała.

Tata stał zupełnie osłupiały i wpatrywał się w wujka Francisa z rosnącym przerażeniem. Ja skamieniałem przycupnięty przy drzwiach, a łzy płynęły mi po policzkach strumieniami. Mój krewny chciał się mnie…pozbyć.

Potrząsnąłem energicznie głową, żeby uwolnić się od tego wspomnienia. Udało się, ale w zamian szyja zaczęła mnie potwornie boleć. Miałem się oszczędzać i przede wszystkim dużo spać.

W końcu nie wytrzymałem i zasnąłem. Powieki same opadły pod swoim nienaturalnym ciężarem. Nie zdążyłem się nawet wygodnie położyć, bo gdy tylko głową dotknąłem poduszki zmógł mnie sen. Nie był głęboki, spokojny, kojący ani leczniczy. Przeciwnie. Był płytki i nerwowy.

Stałem przy drzwiach frontowych obok rozmawiających wujka i taty. Nie widzieli mnie.

-Idźcie kiedyś na piknik we trójkę. Wyjdziecie we trójkę, a wrócicie we dwójkę…

-Mam tam zostawić Christine???

-Nie Gerard, wrócisz ty i Mała.

Tata stał osłupiały a jak rozpaczliwie szukałem za plecami klamki, która celowo umykała przed moją ręką. W końcu zacisnąłem dłoń na gałce i poczułem znajomy chłód metalu.

Trzask!

Drzwi otwarły się szeroko i wpadłem do środka.

Trzask!

Byłem we Wrzeszczącej Chacie. Słodkawy zapach butwiejącego drewna unosił się w powietrzu, światło Księżyca przedzierało się przez pozabijane deskami okna.

Łup! Krzesło gruchnęło całym swym ciężarem o brudną podłogę wzbijając w powietrze obłok kurzu. Jeleń i ogromny, czarny pies szamotali się wściekle. Mignęło kopyto, błysnęły kły i trysnęła krew.

Potężne szczęki na moment zacisnęły się na pokrytym gęstą sierścią karku. Trzask! Olbrzymie rogi pochwyciły ciało psa i wyrzuciły w powietrze. Poturbowane zwierze podniosło się na łapy i z wściekłym warczeniem natarło na wroga. Znów polała się krew. Trzask! Poroże pogruchotało żebra przeciwnika, ten jednak znów się podniósł i resztkami sił dorwał gardziel jelenia.

Łapa i Rogacz…

Trzask!
-… Wrócisz ty i Mała.
Trzask!
-... Zostawcie go Christine, nie marnujcie sobie życia…
Trzask!
- Grozisz mi?
Trzask!
- Ja się domyśliłam po tym co się stało ostatnio. To była pełnia…
Trzask!
- …Po co wam takie dziecko…
Trzask!
-…Zabierajcie go stąd! Nie będę tu gościć takiego obrzydliwego potwora!...
Trzask!
Mosiężny świecznik błysnął w półmroku.
Trzask!
Pies dopadł szczękami gardło jelenia.
Trzask!
Wilkołak zawył w ciemnościach
Trzask!
Znów ten ból rozsadza głowę.
TRZASK!

Poderwałem się z łóżka w ułamku sekundy. Aż zawirował mi w głowie. I znowu ból. Mniejszy, ale nadal zbyt wielki dla osłabionego szesnastolatka. Równie szybko jak usiadłem, jęcząc z bólu opadłem na łóżko. Chciałem, żeby Pani Pomfrey przybiegła do mnie w szlafroku z zatroskaną miną, żeby poprawiła pościel i podała mi jakiś wyjątkowo obrzydliwy eliksir. Tylko proszę, niech przestanie boleć! Już nie wytrzymam!

Nie przyszła.

Och, bolało, bolało strasznie. Ale po chwili cierpienie przeraziło się w absurdalne przerażenie. Tylko jedno łóżko w Sali Szpitalnej było zajęte i właśnie ja na nim leżałem, więc czemu zaszeleściła pościel?

Łup. Stopy opadły na ziemię z głuchym uderzeniem. Ciężkie kroki dało się słyszeć wyraźniej…

Jedno nie ulegało wątpliwości – nie byłem sam.

Kolejne rozdziały »








Autorka: Agnieszka Cieślawska

Opublikowane: 2005-10-31 (2204 odsłon)

[ Wróć ] | Powrót do strony głównej

Z ostatniej chwili
· Zabawny wywiad z Danem w
· Nowe figurki wchodzą na rynek
· Dołącz do redakcji!
· Sesja zdjęciowa Emmy dla "Vogue"
· Matt na konwencji Dragon*Con
Stats
Top Users
1Gosia199362480
2Aniaaa52060
3bellatrix48110
4gibol141245610
504beata44070
6Ala43410
7Marta_Evans42320
8Lina38500
9Elomi36730
10gosia4433820

zobacz ranking...

Prorok Codzienny
Zobacz archiwalne numery
Współpraca

harry potter

Harry Potter: gra MMORPG

Kredyty do 20,000 zł, bez przedpłat, cała Polska, online !
Witam, zajmuję się pośrednictwem finansowym. Wspó...

Potrzebuje kredytu gotowkowego
Witam potrzebuje kredytu gotowkowego w kwocie do ...

PROFI CREDIT Międzyrzec Podlaski i okolice
Pożyczka na dowolny cel.w firmie pożyczkowe...

Kategorie
· Wszystkie kategorie
· Fan Zone
· Filmy
· Gry
· HP News
· Inne
· Książki
Szukaj!


On-line
Aktualnie jest 151 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
Zagłosuj!
Czego Ci brakuje najbardziej na stronie?




Wyniki
Ankiety

Głosów 0
© Copyright 2003-2008 by HPNews.pl .
P-Nuke Copyright © 2005 by Francisco Burzi.
Tworzenie strony: 0.33 sekund
Page created in 0.328262 Seconds