STARTUJ Z HP NEWS! | DODAJ DO ULUBIONYCH | POLEĆ HARRY POTTER NEWS! | WSPÓŁPRACA Z HP NEWS | KONTAKT
Harry Potter - Newsy Harry Potter i Insygnia Śmierci Harry Potter - Artykuły Forum Harry Potter News Harry Potter News - księga gości Informacje o Harry Potter News  

Wiadomości: Książki Siódmy tom Filmy Wywiady Fan Fiction Fan Zone
HPNews.pl
   O stronie   Redakcja   K. Recenzentów   Kontakt   Prorok   Forum   Chat ()   FAQ   Prasa o nas   TOP 10   Mapa serwisu   Szukaj...
Menu
KsiążkiSiódmy tomFilmyPiąty filmGryHP NewsInneArchiwum
K. FilozoficznyK. TajemnicW. AzkabanuCzara OgniaZakon FeniksaKsiążę PółkrwiInsygnia Śmierci
K. FilozoficznyK. TajemnicW. AzkabanuCzara OgniaZakon Feniksa

Książki:O książkachJ.K. RowlingA. PolkowskiMary GrandPreWydawnictwaJak powstał HP?Błędy autorkiCiekawostkiSłownik ZaklęćHP w liczbachCzarna MagiaKim jest R.A.B.?Czarna Seria
Filmy:O filmachReżyserzyProducentAktorzyUrodziny aktorówBłędy w filmach
Świat Magii:HogwartQuidditchCzarna MagiaMagiczne...?SmokiWMIGUROK
Twoje kontoE-kartkiPWRanking fanówFan FictionGaleriaPsychotestyQuizyFan MiesiącaDownloadWasze listyDowcipyLinkiWyślij newsaWyślij artykułDołącz do nas!
K. FilozoficznyK. TajemnicW. AzkabanuCzara OgniaZakon FeniksaQuidditch WC
 FORUM:Ogólna dyskusjaKsiążkiFilmyGryHarry Potter 6Harry Potter 7StronaFan FictionFan ArtInna twórczośćOff-Topic
Sponsorzy

Aktualnie brak

Login
Pseudonim

Hasło

Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów.
Cytat dnia

"Obojętność i lekceważenie często wyrządzają więcej krzywd niż jawna niechęć..." - A. Dumbledore

Konkurs!
HPNews.pl organizuje konkurs na najlepsze opowiadanie fan-fiction. Pokaż swój talent! Napisz opowiadanie!

HPNews.pl » Artykuły » Fan Fiction » Pamiętnik Wilkołaka - część 3


Pamiętnik Wilkołaka - część 3

*** ***

Był coraz bliżej. Bez zbędnego pośpiechu sunął w moją stronę, szurając stopami po ziemi. Gdzieś w głębi Sali nagły podmuch wiatru otworzył okno z hukiem. Chciałem krzyczeć, drzeć się w niebogłosy. Nie mogłem. Mroźny wicher zawiał w moją stronę i poczułem zapach…popiołu, mokrego popiołu i... Przestałem myśleć - lodowate przerażenie odebrało mi resztki rozumu. Strach mnie sparaliżował. Był blisko. Zbyt blisko.


***11***

Był coraz bliżej. Bez zbędnego pośpiechu sunął w moją stronę, szurając stopami po ziemi. Gdzieś w głębi Sali nagły podmuch wiatru otworzył okno z hukiem. Chciałem krzyczeć, drzeć się w niebogłosy. Nie mogłem. Mroźny wicher zawiał w moją stronę i poczułem zapach…popiołu, mokrego popiołu i... Przestałem myśleć - lodowate przerażenie odebrało mi resztki rozumu. Strach mnie sparaliżował. Był blisko. Zbyt blisko.

Trzask!

Drugie okno rozwarło się pozwalając wichrowi bezkarnie hulać po pomieszczeniu. I znów smród dotarł do nozdrzy cuchnącą falą. Aż zawirowało mi w głowie. I wtedy stało się coś, czego przeraziłem się bardziej niż tego „czegoś” sunącego w moją stronę. On. On próbował dojść do głosu i władzy. Spazm przerażenia przebił się przez mój umysł i na moment opóźniłem to, czego jednak nie mogłem powstrzymać. Przemieniałem się. W szkole, na szpitalnym łóżku, trzy dni po pełni! Na wpół świadomy zsunąłem się z łóżka.

Trzask!

Pękła kość. Jęknąłem z bólu – znów posiadałem struny głosowe, ale nie ludzkie… Zdławione jęknięcie ponownie wyrwało mi się z piersi. Ktoś zza parawanu zatrzymał się w konsternacji. Tego nie przewidział. Myślałem, że przestraszy się odgłosów towarzyszących przemianie, ale nie. Trzaski łamanych kości, wycie pół wilka – pół człowieka, zgrzytanie pazurów na posadzce wcale go nie przeraziły. Dysząc z bólu, wściekłości i strachu uczepiłem się nogi łóżka i zacisnąłem powieki. Jednak dalej, choć nie w pełni, byłem to ja.

Trzask!

Trzecie okno otwarło się z grzmotem. „Nie proszę, proszę!” – powtarzałem w myślach. Wiatr świszczał, wył i zawodził, a ja zacisnąłem palce na nodze łóżka jeszcze mocniej jakby to miało zatrzymać przemianę i tego Kogoś. Nie zatrzymało ani jednego, ani drugiego. Spocony osunąłem się na ziemię łapczywie wciągając powietrze do coraz bardziej wilczych płuc. Trzask! Kolejne okno strzeliło i raz jeszcze podmuch wdarł się do Sali niosąc ze sobą zimne, nocne powietrze. Co chwila traciłem przytomność, to znów ją odzyskiwałem. Cień Kogoś zaostrzył się i na parawanie widniał czarny zarys potężnej postaci. Smród popiołu natężył się. Skrzypnęły zawiasy i zadął wicher. Ktoś gwałtownie się odwrócił i szybko wycofał. Pani Pomfrey! Mruknęła cicho jakieś zaklęcie, potem drugie i zapaliły się wszystkie świece, a okna zatrzasnęły. Mruknęła znowu i przyjemne ciepło wyparło chłód. Ktoś zniknął.

-Panie Lupin? Chłopcze?

Ustępowało. Znacznie szybciej niż podczas pełni. Zanim Pani Pomfrey dotarła na drugi koniec Sali, do mojego łóżka efekty przemiany zupełnie zniknęły. Zostałem tylko ja. Przerażony, zziębnięty, wycieńczony i poturbowany leżałem bezwiednie trzymając nogę łóżka skostniałymi palcami.

-Boże święty! – krzyknęła i rzuciła się na kolana obok mnie – Dziecko co ci jest?! – nie odpowiadałem.

Już go nie było. Nie wiem, czy odszedł, zniknął, rozpłynął się w powietrzu albo może zapadł się pod ziemię. Ważne, że już go nie było.

Pani Pomfrey złapała mnie za ramiona i próbowała podciągnąć do góry. Teraz było mi wszystko jedno, czy zachowam świadomość, czy nie. Zagrożenie zniknęło.

Skrzypnęły drzwi.

-Poppy, czy dostanę jeszcze trochę twojej szarlotki? – Dumbledore.

-Albusie szybko tutaj!

Po chwili zza parawanu wyjrzała twarz dyrektora. W rozdygotanym świetle świecy błysnęły okulary-połówki. Dumbledore był blisko, więc Ktoś na pewno nie odważy się wrócić. Gdy tylko ta myśl przefrunęła mi przez umysł straciłem przytomność.

Wąskie promienie popołudniowego Słońca wpadały przez szyby do pomieszczenia z łatwością przecinając powietrze. Pomarańczowy blask przebijał się przez nie bez żadnego problemu, leniwie sunąc po białych pościelach, oświetlając niezliczone rzędy szklanych probówek i butelek. Gdzie niegdzie błyszczały metalowe tace. Nie otworzyłem oczu tylko leżałem na swoim łóżku czekając na Panią Pomfrey, która zawsze zjawiała się obok łóżka pacjenta zaraz po jego przebudzeniu. Nie musiała słyszeć jak się szeleści pościelą próbując się niezdarnie podnieść, nie musiała widzieć jak mruży oczy w słonecznym świetle, po prostu wiedziała, kto i kiedy się obudzi.

-Witaj chłopcze. – powiedziała.

Skinąłem głową, bo mówienie sprawiało mi ból w płucach. Połamane żebra – pomyślałem i zapewne miałem rację.

-Poleżysz tu jeszcze trochę… Jakieś dwa tygodnie… - Dwa tygodnie!!! A co ze szkołą, nauką, przyjaciółmi? No tak, Huncwoci pewnie dalej się do siebie nie odzywają, więc przyjaciół można z listy wykreślić – Śpij dalej – powiedziała podając mi kubek z herbatą. Pociągnąłem łyk i już miałem napić się znowu, ale ni stąd ni zowąd Pani Pomfrey wyrwała mi z rąk naczynie.

Eliksir nasenny – pomyślałem i od razu zasnąłem.

Gdy tylko otwarłem oczy o mały włos nie wrzasnąłem. Zerwałem się do pozycji siedzącej i uważniej przyjrzałem twarzom, które wisiały nade mną jeszcze chwilę temu.

James i Syriusz!

-Eeee….cześć… - powiedział Rogacz nerwowo przygładzając włosy.

-Cześć – odezwał się wreszcie Łapa i usiadł na małym, drewnianym taborecie. Przysunął go bliżej z niemiłosiernym szuraniem.

-Cześć. Co wy tu robicie? – W tym momencie moje dobre wychowanie nieco zbledło.

-Przechodziliśmy obok i nagle poczuliśmy dziką ochotę na odwiedzenie Pani Pomfrey – odpowiedział James z szelmowskim uśmiechem na twarzy.

-Co? – zapytałem ze szczerym zdumieniem.

-Przyszliśmy Cię odwiedzić – Black zakończył ta głupia konwersację. – Słuchaj Remus chcieliśmy Cię przeprosić za to,… no wiesz…

-Syriusz wreszcie zrozumiał, jakim jest idiotą i postanowił się do tego przyznać. – wtrącił James.

-Ktoś Cię prosił Potter, żebyś się odzywał? – zapytał Łapa i zacisnął pięść.

-A, co Black zabraniasz mi mówić?

-Tak.

-Odwal się.

-Nie.

-Dobrze Ci radzę.

-Nie – uparcie odpowiadał Syriusz.

-Pamiętaj, że to było ostrzeżenie.

-Słuchajcie wszyscy! Pan Potter Wspaniały mnie „ostrzega”. Nie ośmieszaj się człowieku.

-Przestań Black, bo…

-Bo co?

-Bo Ci przywalę. – na tą odpowiedź Syriusz zaczął zanosić się histerycznym śmiechem. Mnie wcale tak wesoło nie było.

-Wyjdźcie – powiedziałem, bo głowa zaczynała mnie boleć od tej ilości idiotyzmu i głupoty unoszących się w powietrzu. Popatrzyli na mnie zdziwieni – Wyjdźcie- powtórzyłem.

-Remus no co ty… - zaczął Rogacz.

-Wyjdźcie, wyjdźcie natychmiast! – krzyknąłem.

-Remus…-powiedział Syriusz.

-Wyjdźcie i wróćcie, kiedy zmądrzejecie.

-Remus…-zaczął znowu Black.

-Czyli nie muszę się spodziewać odwiedzin. Wyjdźcie, głowa mnie boli. – bardzo chciałem, żeby już sobie poszli.

Smętnie powlekli się do wyjścia.

Nie przejąłem się zbytnio ich reakcją. Bardziej bałem się tego co działo się ze mną kiedy zacząłem krzyczeć. Powróciło znajome i znienawidzone uczucie, jednak, na szczęście dla wszystkich, ustąpiło. Co się stało?

Znowu się przemieniałem.

***12***

Wstrząsały mną dreszcze przerażenia i zupełnie nie wiedziałem co robić. Jakim cudem się przemieniałem??? Bardzo chciałem, żeby ktoś mi to wszystko wytłumaczył, ale nie miałem pojęcia kto mógłby to zrobić.

Zaczęło mi się robić zimno, chociaż ogień w kominku trzaskał wesoło. Wsunąłem się pod kołdrę aż po uszy i zacząłem wsłuchiwać się w powolne oddechy śpiących pacjentów. A pacjentów było kilku, bo po śniadaniu rozegrano między Ślizgonami i Puchonami mecz, kolejny mecz w szkolnej lidze quiditcha. Wygrali Ślizgoni – można tak sądzić, bo większość pacjentów należało do Slytherinu. Wszyscy trafili do Skrzydła Szpitalnego z objawami pobicia, do którego z pewnością przyczynili się Puchoni. Zam

knąłem oczy i wszystkie wspomnienia powróciły bardzo wyraźnie. Ktoś za parawanem, nagła przemiana, kłótnia Huncwotów, kolejna przemiana…

Gwałtownie potrząsnąłem głową żeby uwolnić się od tych obrazów i wtuliłem głowę w poduszkę – tak dla otuchy.

Nie zasnąłem tej nocy – bałem się, że znowu zacznę się przemieniać i nie będę mógł nad tym zapanować, choć szczerze wątpiłem, że mogłoby mi się to udać.

Rano potwornie obolały i zmęczony usiadłem na łóżku. Pani Pomfrey o świcie uchyliła okno, przez które teraz wpadało chłodne powietrze. Nieco otrzeźwiałem i sięgnąłem po gazetę leżącą na stoliku obok. I wtedy dotarło do mnie jak wyglądam. Lewa ręką była szczelnie zabandażowana (tylko palce wyrwały się spod kokonu i mogłem się posługiwać dłonią), prawa cała była w zadrapaniach, prawą nogę usztywniono i również zabandażowano. Przeciągnąłem dłonią po twarzy jakby to miało zetrzeć z niej rosnące zdenerwowanie. Z rezygnacja zerknąłem ponownie na gazetę.

ŚMIERCIOŻERCY SPRAWCAMI MORDU W HELSTONE

NIEZNANE DOTĄD UGRUPOWANIE, KTÓREGO CZŁONKOWIE KAŻĄ SIĘ NAZYWAĆ ŚMIERCIOŻERCAMI JEST ODPOWIEDZIALNE ZA MORDERSTWO RODZINY CASTLEREAUGH’ÓW – PODAJE MINISTERSTWO…

Nie miałem ochoty czytać takich potworności, choć trzeba przyznać, że o tych „śmierciożercach” niedawno słyszałem. Jeszcze niewiadomo kto nimi kieruje, ale na pewno jest to ktoś bezwzględny i potworny.

-Witaj Remusie. Jak się spało? – zapytał Dumbledore wychodząc zza parawanu.

-Fantastycznie. – skłamałem szybko i nieco zdziwiony przybyciem dyrektora szybko poprawiłem pościel.

-Domyślam się chłopcze, że chciałbyś się dowiedzieć co wydarzyło się przez ostatnie parę dni. – zatrzymał się na chwilę – Tego dnia kiedy napędziłeś Pani Pomfrey niezłego stracha… - spuściłem głowę - …Nie martw się. – i uśmiechnął się promiennie – Więc tego dnia „odwiedził” Cię pan McGrown.

-Przepraszam, kto?

-Vincent McGrown.

-???

- Był pierwszym nauczycielem eliksirów, ale zasłynął ze swojej innej pasji. Ciągnęło go do czarnej magii. Usilnie próbował wprowadzić ją jako obowiązkowy przedmiot w Hogwarcie. Całe ówczesne grono pedagogiczne jednogłośnie sprzeciwiło się tej propozycji, a McGrown, przegrany, od tamtego czasu nie wychodził z lochów.

-Nie uczył?

-Nie, przychodził na lekcje, ale uczniowie niewiele z tych lekcji wynosili. Co spotkanie mieli za zadanie przyrządzać silny eliksir nasenny. Nie wiem, dlaczego właśnie nasenny, ale pokolenie absolwentów Hogwartu uczących się eliksirów od McGrowna było wybitnie uzdolnione, jeżeli chodzi o przyrządzanie silnego napoju usypiającego. – uśmiechnął się lekko – Po wakacjach McGrown nigdy już nie wszedł do sali lekcyjnej.

-???

-Po prostu zniknął, rozpłynął się w powietrzu. Najprawdopodobniej zginął po niewłaściwym rzuceniu Avada Kedavry, która wtedy była w pełni legalnym zaklęciem.

-Zabił człowieka?

-Nie sądzę, żeby ktoś jeszcze zagłębiał się tak głęboko w podziemia zamku. Osobiście uważam, że Profesor McGrown chciał zabić jakiegoś szczura, ale może jego różdżka była wadliwa, albo zaklęcie odbiło się od jakiegoś magicznego przedmiotu. Można snuć przeróżne przypuszczenia…

-Przepraszam Profesorze…

-Tak?

-Profesor…McGrown chyba nie miał najlepszych zamiarów, kiedy mnie „odwiedził”…

-Jeszcze chwila Remusie, zaraz skończę i wszystko zrozumiesz.

-Przepraszam.

-Nie przepraszaj – uśmiechnął się – Tak więc Profesor McGrown nie pojawił się między ludźmi do pewnego tragicznego dnia, kiedy to…będziesz się o tym uczył na historii magii, na razie powiem Ci tylko, że pojawił się, gdy pewien czarnoksiężnik zaczął terroryzować społeczeństwo. On i jego poplecznicy mordowali każdego, kto im się przeciwstawił. Niektórzy twierdzą, że to pojawienie się ducha byłego nauczyciela Hogwartu w pewnym sensie zwiastowało nadejście…tamtego czarnoksiężnika.

-???

-Jeszcze moment chłopcze. Otóż…tamten człowiek, którego bali się wszyscy szczególnie nienawidził…wilkołaków…

Spuściłem głowę i poczerwieniałem lekko. Zawsze wstydziłem się swojego wilkołactwa i nie przeczę - wstydzę się do tej pory.

-Profesor pojawił się wtedy w Dziurawym Kotle. Tak – właśnie tam. Dziurawy Kocioł był kiedyś bardzo znanym miejscem, do którego ciągnęło przede wszystkim bogaczy. No, więc pojawił się tam zimą, kiedy tylko jedna osoba była w lokalu. Właściciel Dziurawego Kotła – Jeremy Vaughn, wilkołak. Nie wiele osób o tym pamięta, chociaż wszyscy powinni wiedzieć, że to właśnie on zobaczył ducha Profesora. Pan Vaughn, gdy zorientował się, że coś jest nie tak jak powinno być, poszedł sprawdzić, czy zamknięto drzwi wejściowe. Kiedy tylko zszedł ze schodów zaczęło dziać się coś dziwnego. Przemieniał się. I to po pełni. Nigdy nie wyjaśniono dlaczego, ale niektórzy twierdzili, że to natura wilkołaka zwyciężyła i dlatego przemiana zachodziła w tak nietypowym czasie. Uważano, że wilkołak próbował się bronić przed niebezpieczeństwem. Pewnie zastanawiasz się dlaczego „niebezpieczeństwem”? – potrząsnąłem twierdząco głową – Czarnoksiężnik, o którym Ci mówiłem wywodził się w prostej linii z rodu Profesora Mcgrowna, który sam żywił ogromną nienawiść do wszystkich przedstawicieli lupus hominis. Kiedy Profesor był dzieckiem wilkołak zabił jego matkę. To był rozjuszony wilkołak – rozszarpał Amelię McGrown. Chyba domyślasz się dlaczego Profesor nienawidził wilkołaków? – przerwał i przez moment wpatrywał się we mnie - Będę już kończył. Mam nadzieję, że jakoś pomogłem Ci wszystko poukładać. – Profesor wstał i już miał wychodzić.

-Panie Profesorze przepraszam.

-Słucham Remusie.

-Kiedy Profesor McGrown pojawił się ostatni raz tamten czarnoksiężnik się ujawnił, więc czy teraz też ktoś…

-Nie wiem chłopcze. Miejmy nadzieje, że nie.

Milczeliśmy oboje jakiś czas.

-Pójdę już. – i ruszył stronę drzwi. – Aha! – zatrzymał się – Byłbym zapomniał ktoś przyszedł Cię odwiedzić. – Uśmiechnął się i wyszedł.

Kiedy tylko zniknął do Sali wpadli James, Syriusz i Lilly, która przytrzymywała ich za kołnierze. Po chwili pojawił się też Pete.

-Cześć Remus! – zawołała Lilly – Chłopcy chcieli ci coś powiedzieć.

***13***

-No dalej! – zachęciła ich Lilly.

Syriusz zrobił kwaśną minę, a Potter najwyraźniej był wniebowzięty.

-Nie popędzaj nas kochanie – powiedział i uśmiechnął się szeroko w stronę dziewczyny.

-Potter!

-No już, już… - kilka razy otwierał usta, ale nie wydobył z siebie dźwięku. Lilly szturchnęła go lekko i jakimś cudem zaczął mówić - Więc no… tak jakby przechodziliśmy obok i… Lilly też… no to razem poszliśmy…i jesteśmy…No co? – panna Evans piorunowała go wzrokiem.

-James mów co miałeś powiedzieć. – mruknęła cicho.

-A jak nie powiem? – w głosie Rogacza zabrzmiała nutka ciekawości, a Lilly trzepnęła go w głowę – Hej! Ja żartowałem! – oburzył się.

-Ja też, więc lepiej mów, bo to nie było wszystko, na co mnie stać.

-Remus przepraszam… - Syriusz nie wytrzymał, James też spoważniał.

-Idiota ze mnie, wybacz…- powiedział okularnik spuszczając głowę.

Naprawdę żałowali. Nie wiedziałem co powiedzieć. Kilka razy próbowałem znaleźć odpowiednie słowa. Nie udało mi się, ale to nie ważne - ważne, że James i Syriusz wreszcie się opamiętali.

-Ja…nie wiem co powiedzieć…- zacząłem zgodnie z prawdą.

-Wszyscy jesteście głupi! – powiedziała Lilly, a łzy zaczęły jej spływać po policzkach – Ja umierałam ze strachu, bo już długo po pełni, a Remusa nie ma. Chciałam cię szukać we Wrzeszczącej Chacie… – zwróciła się do mnie - …a tu wpadają ci dwaj i skaczą sobie do oczu jak jakieś siedmiolatki!!! Co ja z wami przeżywam! – rozkleiła się na dobre.

-Lilly…nie płacz już- powiedział zakłopotany Rogacz i objął ją lekko ramieniem.

-Zostaw mnie Potter! – powiedziała Lilly próbując nadać swojemu głosowi ostrzegawczy ton. Nie udało się jej. Płacząc jeszcze głośniej starała się wyrwać z objęć James’a, który teraz przytulił ją mocniej. Nie broniła się tak dziko jak zwykle.

I to chyba był ten dzień, w którym ich stosunki się zmieniły. Lilly ciszej wrzeszczała na Rogacza, kiedy ten siódmy raz tego samego dnia się jej oświadczał, a James zaczął jej wyznawać uczucia jeszcze częściej. Od tego dnia mogli już przebywać w jednym pomieszczeniu razem, i to dłużej niż pięć minut.

-Evans ty chyba nie mówisz serio z tą Wrzeszczącą Chatą - powiedział Syriusz uważnie wpatrując się Lilly jakby ją o coś podejrzewał.

-Dlaczego nie? Przecież już było po pełni. – odpowiedziała zdziwiona tym, że Łapa nie wie o co jej chodzi, i zwinnie wyślizgnęła się ze stalowego uścisku Rogacza, który musiał się powstrzymywać, żeby znowu jej nie złapać.

-Ale co ma do tego pełnia? – zapytał Black i rzucił mi szybkie spojrzenie, które mówiło, że stara się wybadać, czy Lilly może coś wiedzieć o mojej przypadłości.

Wtedy palnąłem się w głowę. Ja jeszcze im nie powiedziałem, że Lilly wie! Chciałem się odezwać, ale chyba zbyt mocno się uderzyłem i opadłem na poduszkę. Wszyscy zamilkli i popatrzyli na łóżko, z którego właśnie się podnosiłem.

-Remus nic ci nie jest? Chcesz poduszkę? Coś do picia? Może książkę? Na pewno nic ci nie jest? Ale na pewno? To ja pójdę po Panią Pomfrey. – Lilly panikowała.

-Hej! Evans! Uspokój się! – James potrząsnął nią lekko.

-Co?! – zapytała – A jeżeli coś mu się stanie?

-Jasne Evans, już to widzę…stado wściekłych hipogryfów galopem wbiega do Skrzydła Szpitalnego, żeby rzucić się na Remusa, który właśnie próbuje się podnieść z łóżka. – Syriusz zaśmiał się cicho.

-To wcale nie jest śmieszne! – oburzyła się dziewczyna.

-Już spokojnie Lilly. Ja cię obronię! – powiedział James i ponownie porwał ją w objęcia.

-Potter! Nie spoufalaj się zbytnio! – rzekła Evans i odskoczyła od Jamesa.

-HEJ!!! – krzyknął Black.

-CO?! – odkrzyknęliśmy wszyscy.

-Chciałbym porozmawiać z Remusem i Jamesem. TYLKO z Remusem i Jamesem.

Wiedziałem o co mu chodzi. Chciał porozmawiać o Lilly. Nie miałem zamiaru dłużej tego ciągnąć. Szczerze mówiąc powiedziałbym chłopakom o tym „wtajemniczeniu” panny Evans znaczenie wcześniej, ale jak do tej pory, jakby to powiedzieć…nie miałem takiej możliwości… Zastanawiałem się nad tym, jak im to wyjawić.

-Syriuszu… - zacząłem.

-Potter!!! – wrzasnęła Lilly szokując mnie lekko – Nigdy nie zostanę twoją żoną. Rozumiesz? NIGDY!!! – jak bardzo się wtedy myliła…

-Ale Lilly kochanie… - mruknął James podnosząc się z klęczek z miną zbitego pieska, na którego ktoś znowu podnosił rękę.

-Przepraszam bardzo, ale chciałem coś powiedzieć! – powiedziałem ostro i wyprostowałem się na łóżku starając się wyglądać na oburzonego, a musiałem się postarać, bo te wszystkie szczeniackie wyznania Jamesa mnie śmieszyły.

Popatrzyli na mnie.

-Chciałem to wam powiedzieć wcześniej chłopcy – zacząłem – Ale coś mnie…powstrzymało. – spojrzałem wymownie na nich wszystkich. – Lilly wie o wszystkim. Powiedziałem… To znaczy sama się domyśliła, a później ja jej wszystko wytłumaczyłem. – zamilkłem.

-Kiedy to było? – zapytał Black odgarniając czarne kosmyki z czoła.

-Nie pamiętam dokładnie. To było jeszcze zanim się zaczęliście kłócić…

-Rozumiem. – wtrącił Syriusz definitywnie kończąc sprawę. Uśmiechnął się do mnie, a później do Rogacza i na końcu do Lilly.

-No panno Evans widzę, że Lunatyk nie ma przed tobą tajemnic. – mrugnął do mnie łobuzersko i usiadł na drewnianym taborecie.

-Jaki Lunatyk? O kim ty mówisz? – zapytała ze szczerym zdziwieniem dziewczyna. Łapa tylko uniósł brew.

-To nie powiedziałeś jej o wszystkim? –spytał, a ja wzruszyłem ramionami.

-Znowu jakieś sekrety? Ja za wami nie nadążam – zaczęła się denerwować – Jeden mówi o jakimś Lunatyku, drugi mi się oświadcza kiedy tylko wyjdę z dormitorium, a jeszcze jeden…

-Lilly posłuchaj…- zaczął James.

-Bardzo chętnie. Ostrzegam, że nie wyjdę stąd dopóki, dopóty mi tego wszystkiego nie wyjaśnicie. – oznajmiła rezolutnie i usiadła na brzegu materaca. – No czekam! – ponagliła.

Chłopcy w konsternacji zerkali to na mnie, to na Lilly. Wie o moim wilkołactwie, ale nie ma pojęcia o wyczynach Huncwotów. Nie powinna znać całej prawdy, przynajmniej nie musi jej poznać teraz.

-To takie przezwisko Remusa – odezwał się Pete. Wszyscy podskoczyli, bo nikt nie spodziewał się, że on zabierze głos. Szczerze, to nikt nie zwrócił na niego uwagi od czasu, kiedy wszedł do Skrzydła Szpitalnego.

-Właśnie! – krzyknął Potter z lekką ulgą i rozwichrzył sobie włosy.

-Dostał je na wakacjach dwa lata temu. Gadaliśmy w nocy, w końcu wszystkim zachciało się spać, a Remus wymyślił spacer w świetle księżyca. Nie było pełni. Tak po prostu chciał się przejść. My zostaliśmy, ale Lunatyk jednak wybrał się na ten spacer. Rozumiesz? Lunatyk – chodzi nocą …

-Rozumiem, rozumiem – ucięła Lilly – Niczego mądrzejszego nie mogliście wymyślić?

Żaden z nas nie był w stanie się odezwać. Pete kłamał perfekcyjnie, łgał na zawołanie i to bez mrugnięcia okiem. Nasz spokojny, Pete, który boi się niuchaczy i gumochłonów.

-C-co? – zapytał niemrawo Rogacz wciąż wpatrując się z niedowierzaniem w pucułowatego chłopca.

-PYTAM, CZY NIE MOGLIŚCIE WYMYŚLIĆ CZEGOŚ LEPSZEGO?!

-Jasne, ze mogliśmy Evans – odpowiedział Syriusz trzeźwo - Mamy jeszcze kilka propozycji, chcesz posłuchać?

- Dzięki Black, lepiej nie. Po was można się wszystkiego spodziewać. – skrzywiła się z niesmakiem.

- Oczywiście kochanie, to prawie nasza praca. Huncwoci & Spółka – przezwiska na zamówienie...„Ochrzcimy Cię na nowo”… – rozmarzył się Rogacz.

-Potter lepiej nie myśl za dużo, bo jeżeli masz później gadać jakieś głupoty to będzie lepiej, jeżeli nie będziesz przemęczał swojego mózgu. I tak ma dużo roboty.

-Dla ciebie wszystko kotku – odpowiedział James i mrugnął do niej niedwuznacznie.

-Potter! Co ty sobie myślisz, że ja jestem jakimś futerkowym zwierzątkiem?! – zawołała oburzona.

-Oczywiście, że nie. Wyjdziesz za mnie?

-POTTER!!!


***14***

Obudziłem się wczesnym rankiem. Ostatni dzień na obserwacji w Skrzydle Szpitalnym. Cieszyłem się jak wariat!

Prawie wyskoczyłem z łóżka i pognałem do łazienki. Kiedy już byłem „gotowy do drogi”, zacząłem zbierać swoje rzeczy ze stolika stojącego obok łóżka.

Kiedy tak sprzątałem do pomieszczenia wpadli Huncwoci. Szczerzyli się jak głupki.

-No to co Lunatyczku? Wracamy do nauki? – zapytał Syriusz.

-Jasne Łapo, w końcu po to się żyje. – mrugnąłem do niego.

-Nie!!! Ty w ogóle nie łapiesz! – powiedział James – Do szkoły chodzi się po to, żeby no wiesz…ZASZALEĆ!!!

Wszyscy zaczęliśmy się śmiać. Potter udawał obrażonego na cały świat, ze szczególnym uwzględnieniem nas, ale długo nie wytrzymał. Nasz rechot przywołał Panią Pomfrey.

-Co wy tu wyprawiacie?! – krzyknęła, a Pete skulił się ze strachu. Zawsze miał słabe nerwy – To nie jest plac zabaw! Obudzicie mi pacjentów! – wrzeszczała tak głośno, że sama by ich obudziła, jeżeli oczywiście pacjenci by tam byli. Chłopcy rozejrzeli się po Sali – ani jednego chorego.

-Przepraszamy i obiecujemy więcej nie grzeszyć. – James spuścił głowę, udając skruchę.

-Błagamy o wybaczenie! – powiedział Łapa i omal nie rzucił się na kolana.

Pani Pomfrey wrzeszczała na nich dobre pięć minut grożąc szlabanem, wydaleniem ze szkoły i Azkabanem. Ciągnąc chłopców do wyjścia uśmiechałem się przepraszająco.

-Odbiło wam? – zapytałem puszczając ich szaty.

-Hmmm…tak. – odparł okularnik i przeczesał ręką włosy – Cześć dziewczyny! – powiedział do mijającej nas grupki pierwszoklasistek. Dziewczynki oblały się szkarłatnym rumieńcem, zaczęły chichotać i szybko czmychnęły za róg. Syriusz przewrócił oczami.

-Nie tak Potter! Nie tak! Pamiętasz czego cię uczyłem chłopcze? – zaczął, świetnie udając Profesor McGonagall.

-Znajdź ofiarę, oczaruj i…ATAKUJ! – odparł Rogacz – Pamiętam Panie Profesorze.

-Dobrze Potter, dobrze… - mówił krążąc w miejscu – Ale źle wykonujesz punkt drugi. – chłopcy odstawiali tą szopkę, a my z Petem prawie turlaliśmy się ze śmiechu.

-Przepraszam Profesorze…Czy mógłby pan pokazać mi to jeszcze raz? – zapytał Rogacz z nadzieją w głosie. – Byłbym wdzięczny.

-Oczywiście Potter. Patrz i ucz się. – odparł Syriusz i wygładził szatę. Na horyzoncie pojawiła się gromadka dziewczyn. Na oko druga, trzecia klasa. Zbliżały się coraz szybciej, zawzięcie nad czymś dyskutując. Black podszedł do pomnika bardzo starego i bardzo brzydkiego czarodzieja.

Artysta, który wyrzeźbił statuę musiał mieć zły dzień, albo kilka promili we krwi, bo posąg był…mało realny. Jedno oko osadzono na środku czoła starca, drugie miał zamiast ust. Wargi wyciosano w miejscu nosa, a nos tam, gdzie miało znajdować się lewe ucho. Drugiego wcale nie było. Zamieniono miejscami ręce i nogi.

Ale żyjemy w świecie magii i równie dobrze człowiek ze statuy może być naszym nowym sąsiadem. Pozostaje tylko kwestia podania ręki (nogi?) na przywitanie…

Syriusz był gotów do „akcji”.

Dziewczęta musiały go zauważyć, bo zaczęły nerwowo poprawiać szaty. Zbliżały się coraz szybciej.

-Cześć dziewczyny! – powiedział Łapa, przeczesał włosy i uśmiechnął się do nich.

Dziewczyny zatrzymały się na moment wpatrując się z zachwytem, graniczącym z czcią w wysoką postać, teraz nonszalancko opierającą się o ścianę.

Trzeba przyznać, że wywołanie większego wrażenia niż pomnik „Szalonego Joe”, jak zwykliśmy go nazywać, graniczyło niemal z cudem.

Uwierzcie w Boga - cuda się zdarzają!

Dziewczyny nawet nie zerknęły na statuę tylko potykając się o własne szaty i nogi podążyły w stronę Wielkiej Sali. Zniknęły za rogiem, a Syriusz nam się ukłonił. James zaczął bić brawo jak oszalały, a ja ryczałem ze śmiechu.

-Wiesz, że nie powinieneś im tego robić. – powiedziałem kiedy ochłonąłem na tyle, żeby móc mówić.

-Ale co ja im zrobiłem?

-Nie wiem jak to nazwać…

-HA! – krzyknął James – Lilly idzie!

Na drugim końcu korytarza mignęły kasztanowe włosy panny Evans.

-Wybaczcie panowie, ale muszę się jej oświadczyć. – powiedział i ruszył w stronę Lilly, a my znowu ryknęliśmy śmiechem.

-Jeżeli przed zielarstwem mamy zdążyć na śniadanie to lepiej chodźmy. – zaproponował Pete.

-A co z Rogaczem? – zapytałem.

-Miłość doda mu sił. Chodźmy. – odpowiedział Syriusz i rechocząc pod nosem ruszył w stronę ogromnych drewnianych drzwi Wielkiej Sali.

Kiedy dotarliśmy na śniadanie przy stołach siedzieli prawie wszyscy uczniowie i nauczyciele. Usiedliśmy na swoich miejscach i zaczęliśmy pałaszować śniadanie. Po kilku minutach dotarł do nas James.

-To koniec! Nie mam po co żyć - Lilly mnie nie kocha! – powiedział i „przebił” sobie serce łyżeczką.

-James to tylko kobieta. Jest ich trzy miliardy na świecie – jeszcze znajdziesz sobie jakąś. – pocieszył go Black i wrócił do owsianki.

-Nie znasz mej niedoli przyjacielu. Jedną bowiem kocham nad życie! Jedną obdarzam uczuciem! Lilly Evans! – krzyknął i stanął na stole. – rozległy się szmery i coraz częstsze chichoty. Dumbledore uśmiechał się przyjaźnie, za to Profesor McGonagall miała żądzę mordu w oczach.

Zerwaliśmy się z Syriuszem z miejsc i ściągnęliśmy Pottera na dół, jednocześnie przepraszając wszystkich.

-James ty jesteś poetą! – powiedział Łapa powstrzymując nadciągający atak niepohamowanego śmiechu.

-Miłość robi z ludźmi dziwne rzeczy…Muszę uważać bo jeszcze będę się uczył historii powstań gumochłonów! – powiedział z udawanym lękiem.

-Nie Potter…aż tak źle nie będzie. – odparł Black i zaczął się śmiać. Dołączyłem do niego i po chwili znowu rechotaliśmy w najlepsze.

Dokończyliśmy śniadanie i kiedy tylko talerze zalśniły czystością, ruszyliśmy w stronę wyjścia. Razem z grupą rówieśników wyszliśmy na szkolne błonia i już po chwili słońce paliło nas w karki, kiedy w szklarni pochylaliśmy się nad młodymi sadzonkami Wierzby Bijącej. Mieliśmy je hodować przez trzy miesiące, a później nasze obowiązki przejmą uczniowie ze Slytherinu. Dziś wypadał ostatni dzień mordęgi - mieliśmy dosypać ziemi do doniczek. Niby proste zadanie, a jednak przez całą lekcję udało się nam tylko nie stracić oka. Sadzonki wiły się dziko, chlastając małymi gałązkami na wszystkie strony.

Pete oberwał w szczękę, James’a trafiło w nos, a ja dostałem w policzek. Tylko Syriusz wyszedł z tego bez szwanku.

-Mam na nie sposób. – powiedział i zwinnie złapał wszystkie gałązki. Później związał je Nierozerwalnym Sznurem firmy Stryczek (dość upiorna nazwa…) i już spokojnie mógł wykonać zadanie.

-Świetnie Łapo, tylko jak ma to zrobić z tym potworem? – zapytał Rogacz wskazując na dwudziestocentymetrowe drzewko, które w mgnieniu oka wystrzeliło cienką gałązką, trafiając James’a w dłoń – Auuu!!! Widzisz?!

-Koniec dzieci! Możecie wracać do szkoły. – zawoła Pani Sprout i wszyscy z westchnieniem ulgi wysypali się na zewnątrz.

-Remus ty krwawisz. – powiedział Syriusz i ziewnął potężnie.

-Dzięki przyjacielu, że tak się o mnie martwisz. – powiedziałem z ironią i dotknąłem policzka. Rana nie była głęboka, ale dość długa. Krwawiła nieznacznie, ale to zawsze krwotok. Wyciągnąłem chusteczkę i przetarłem zranienie.

Wolno człapaliśmy w stronę zamku. James sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej kulkę wielkości orzecha włoskiego – Złoty Znicz. Zafurkotało i już po chwili znicz unosił się na srebrnych skrzydełkach. Odleciał kawałek, ale Potter złapał go zwinnie i znowu wypuścił, po czym ponownie uchwycił w locie. Szliśmy tak w milczeniu jakiś czas aż Syriusz zatrzymał się gwałtownie.

-No, no... Kogo ja tu widzę… - zaczął – Smarkerus we własnej osobie. – wszyscy stanęliśmy i spojrzeliśmy na wysokiego, chudego chłopaka o ziemistej cerze i z wyjątkowo tłustymi włosami.

-Odwal się Black. – warknął Severus.

-Oj, nie ładnie Smarku… - pouczył go James – Ryby, Smarki i parę innych rzeczy nie mają prawa głosu.

-Bardzo śmieszne Potter, ale nie mam zamiaru marnować czasu na pogaduszki z półgłówkami. – odparł Snape i ruszył w stronę szklarni.

-Coś ty powiedział? – sapnął Łapa drżąc z furii.

-Uspokój się Syriusz…- powiedziałem łapiąc przyjaciela za ramię – Chodźcie.

-Masz szczęście Smarku, że mam dzisiaj dobry humor. – rzekł okularnik ściskając Złoty Znicz szaleńczo machający skrzydełkami – Pochodzisz jeszcze trochę do Hogwartu. - Snape wykrzywił się i mruknął coś pod nosem.

-Mówiłeś coś? – zapytał Syriusz gładząc pieszczotliwie różdżkę. Severus zamilkł i odwrócił się na pięcie. Śledziliśmy go wzrokiem aż do szklarni.

-Palant. – warknął James.

-Może zabije go Wierzba Bijąca. – powiedział Black z nadzieją w głosie.

-Zabije czy nie, to jeżeli zaraz się stąd nie ruszymy to sami zginiemy - z rąk McGonagall. – powiedziałem i dotknąłem policzka. Przestało krwawić.

-Transmutacja! – pisnął Pete i pognał w stronę zamku przecinając zielone trawniki.

-Co mu jest? – zapytał Syriusz ze zdziwioną miną.

-Chyba chce iść na lekcję. – odparłem.

-O nie! To straszne! Musimy mu pomóc! – wykrzyknął Rogacz i pobiegł za Glizdogonem – Pete czekaj! Czekaj! Pete!!! – uśmiechnęliśmy się do siebie z Łapą i pobiegliśmy za chłopcami. Dzwonek ogłaszający początek lekcji poniósł się echem po szkolnych błoniach.

***15***

Deszcz niemiłosiernie tłukł o szyby, głuche huknięcia grzmotów niosły się po szkolnych błoniach, od czasu do czasu podrywając do lotu ptaki siedzące na szczytach drzew w Zakazanym Lesie, a Remus Lupin właśnie się budził.

Sobotni poranek nie malował się ciekawie, zwłaszcza, że stos prac do odrobienia piętrzył się w zatrważająco szybkim tempie. Szczegółowy opis Jowisza dla profesor Sinistry, właściwości i zastosowanie Wierzby Bijącej we współczesnym świecie dla Sprout, wypracowanie na temat Zaklęcia Trwałego Przylepca dla McGonagall i praca o wilkołakach na obronę przed czarną magią. Przynajmniej z jednym tematem nie będzie problemu…

Nie miałem ochoty opuszczać ciepłego i wygodnego łóżka. Naciągnąłem kołdrę aż po same uszy i wsłuchiwałem się w odgłosy burzy szalejącej na zewnątrz. Od czasu do czasu niebo przeszywały błyskawice niosąc ze sobą kolejne, jeszcze głośniejsze grzmoty.

Perspektywa spędzenia dnia pod pierzyną podobała mi się znacznie bardziej niż siedzenie do późnej nocy nad kawałkiem pergaminu.

Przewróciłem się na bok rozważając propozycje, które podsuwał mi rozleniwiony umysł, domagający się błogiego nicnierobienia. Ale na jego nieszczęście odezwało się we mnie sumienie i z jękiem niezadowolenia usiadłem na łóżku.

Zerknąłem na zegarek. Dziewiąta.

Ociągając się włożyłem na siebie ubranie i z westchnieniem podszedłem do okna. Deszcz spływał po szybach kaskadami, prawie całkowicie ograniczając widoczność. Rozmyte kształty przywodziły na myśl kępy leniwie kołyszących się pod taflą jeziora glonów. Nawet nasza hogwarcka Wierzba Bijąca nie wierzgała dziko gałęziami, tylko posplatała się w wymyślne warkocze próbując chronić się przed strugami lodowatej wody. Zerknąłem na niebo zasnute brudnoszarymi chmurami i nagle miejsce, w które patrzyłem rozdarła błyskawica. Wzdrygnąłem się zapinając sweter.

-Wstawajcie. – powiedziałem do chłopaków. Nikt się nie odezwał. – Wstawajcie. – powtórzyłem i znowu nikt nie zareagował.

Podszedłem do łóżka Łapy i rozsunąłem kotary, ale zamiast Syriusza zobaczyłem splątaną pościel. Nieco zdziwiony stanąłem obok posłania James’a i ze zdziwieniem spostrzegłem, że i on nie leży w łóżku. Pozostał mi tylko Pete, ale…jego też nie było! Wstrząśnięty swoim odkryciem opuściłem sypialnię.

Panowie Łapa, Rogacz i Glizdogon jeszcze nigdy nie wstali z łóżka wcześniej niż było to konieczne. Zwłaszcza w sobotę. Zwłaszcza w taką pogodę.

Zszedłem na dół trzymając pod pachą „Encyklopedię księżyców Jowisza” ważącą jakąś tonę.

W bibliotece został tylko jej tysiącstronicowy egzemplarz dla niedowidzących. Na każdej ze stron znajdowały się cztery zdania wypisane ogromnymi literami przyozdobionymi zawijasami tak krętymi, że nawet świetnie widzący musieliby się nieźle skupić, żeby w tej plątaninie odnaleźć jakąkolwiek literę. Sama okładka była o wiele cięższa od stronic - kto wpadł na pomysł, żeby oprawić książkę w żelazo?

Stanąłem u podnóża schodów i szczęka opadła mi do kolan. HUNCWOCI ODRABIALI LEKCJE!!!

Syriusz wertował jakieś księgi, James zawzięcie skrobał piórem po pergaminie, a Pete starał się wytrzeć rękawem plamę z atramentu na swojej pracy. Nie wytrzymałem i zacząłem zanosić się histerycznym śmiechem. Trząsłem się tak, że encyklopedia wypadła mi z rąk i z hukiem rąbnęła o ziemię.

-Tak, baaaaardzo śmieszne. Naprawdę wyjątkowo. – odgryzł się Syriusz i wrócił do książki.

-Mnie to wcale nie śmieszy, tylko…- śmiałem się tak, że w ogóle nie mogłem mówić.

-Tylko co? – zapytał James.

-…tylko…mnie…to…dziwi…-ledwo wydukałem te słowa powstrzymując niepohamowany rechot.

-Ja w tym nie widzę nic dziwnego. – odparł Pete.

-Ja też nie. – przyznał Syriusz.

-Nie ruszajcie się…Mam gdzieś a…apa…aparat. – śmiałem się jak jakiś idiota, ale zapewniam, że na moim miejscu każdy zachowałby się tak samo.

-Daj sobie spokój. – zaczął Syriusz - Jesteś tym prefektem to może byś się zajął, nie wiem…Sanders’em. Od jakiegoś czasu próbuje sprzedać gumochłona. Zwinął go wczoraj…

Zerknąłem w stronę kominka, skąd dochodziły donośne „ochy” i „achy”. Tom Sanders, ku uciesze pierwszoklasistów, co chwilę odkrywał i zakrywał ruchliwe zawiniątko. Wstałem, wygładziłem szatę, przypiąłem do niej odznakę prefekta i już miałem podejść do chłopaka, gdy odezwał się James.

-Czekaj. – powiedział – Ja to zrobię. Mózg mi się rozpuścił po tym pisaniu…- podniósł się powoli z krzesła i rozwichrzył włosy – No to idę.

Wiedząc z doświadczenia, że James Potter z płynnym mózgiem nie jest do końca obliczalny wszyscy ruszyliśmy za nim.

-No, no… - rzekł Rogacz, a najmłodsi Gryfoni podskoczyli ze strachu i natychmiast się spłoszyli – Nie wiedziałem Sanders, że chcesz sprzedać gumochłona.

-Jakiego gumochłona? – odparł Tom nieco nerwowo i machinalnie nakrył stworzonko kocem.

-No tego gumochłona, co go tam trzymasz za plecami. – Syriusz odezwał się do niego tonem, jakim pięciolatkowi tłumaczy się, że nie może na urodziny dostać Chińskiego Ogniomiota.

-Odbiło ci Black? Ja nie mam żadnego gumochłona. – Tomowi drżały ręce.

-Oj Tomciu, Tomciu… - powiedział James kręcąc głową – Levito! – gumochłon, właściwie gumochłonik (był bardzo malutki), wyswobodził się z krępujących go materiałów i poszybował prawie pod sufit. Potter stanął w pozycji muszkietera szykującego się do ataku i zgrabnie nakreślił różdżką w powietrzu literę „P”, a biedne stworzonko powtórzyło tor, jaki obrał dla niego Rogacz. Rozległy się brawa, okrzyki i gwizdy podziwu, a James ukłonił się iście szlachecko.

-No i co Sanders, to nie jest gumochłon, prawda? – zadrwił Syriusz.

-Tom radzę ci się stąd zmyć, zanim dotrze do mnie, że jestem prefektem. – poradziłem Sanders’owi, który w mgnieniu oka ulotnił się do sypialni – James oddaj to.

-Co?

-Gumochłona.

-Jim’a?

-Nazwałeś gumochłona?

-Tak. To mój przyjaciel.

-Boli Cię głowa?

-Nie. No może trochę, ale przeżyję, jeżeli o to ci chodzi.

-Daj mi Jim’a.

-Widzisz! Ty też go lubisz! Jim przywitaj się. To jest Remus.

-James przestań. – znowu nadciągał atak śmiechu.

-Chyba nie zabierzesz mi Jim’a?

-Zabiorę.

-Ale on jest sierotą! – wykrzyknął „zrozpaczony” i wszystkie twarze zwróciły się w naszą stronę.

-James to jest gumochłon. Rozumiesz? GU-MO-CHŁON.

-Rozumiem. Jim też rozumie. Prawda Jim? – zwrócił się do wijącego się z nerwów stworzonka.

-Potter ja wiem, ze ty jesteś bardzo hmmm…złożonym człowiekiem, ale żeby przyjaźnić się z gumochłonem? – wtrącił Syriusz.

-Teleportuję go. – oświadczył Rogacz. Widownia najwyraźniej znudziła się kolejnym przedstawieniem Huncwotów, bo tylko nieliczni dalej się nam przypatrywali.

-Odbiło ci? – zapytałem.

-Tylko trochę. – odpowiedział James – No to do dzieła!

-NIE! – wrzasnąłem, ale było za późno – stworzonko zniknęło z donośnym trzaskiem.

-UDAŁO SIĘ!!! – darł się Rogacz.

-Świetnie. Cudownie. Naprawdę gratuluję, ale masz pewność, że trafił tam gdzie chciałeś? – zdenerwowałem się.

-Tak. – okularnik odparł bez wahania.

-???

-Trenuję to zaklęcie od tygodnia. Przyda się jeszcze kiedyś.

-???

-No wiesz…gdyby na przykład Smark próbował usiąść na krześle. Siada, a tu krzesełka nie ma. – uśmiechnął się z satysfakcją.

-Mnie się to podoba. – oznajmił Black.

-Mnie nie, ale jeżeli znajdę tego gumochłona pod pościelą…

-Spokojnie Lunatyku. Wszystko jest pod kontrolą.

-Mam nadzieję. – odparłem – Teraz lepiej dokończmy te wypracowania. – powiedziałem, a James skrzywił się tak, jakby trafił na fasolkę Bertiego Botta o smaku Smarkerusa.

***16***

Ciągle pada. I raczej trudno nazwać to przelotnym deszczykiem, bardziej na miejscu jest stwierdzenie, że nad Hogwartem nieprzerwanie szaleje potężna burza. Gdyby nie zaklęcia jezioro już by wylało i wszystko co w nim żyje zaczęłoby osiedlać się gdzieś w zalanym Zakazanym Lesie.

Całe szczęście, że niedziele możemy spędzić w murach zamku, w wygodnym fotelach przy kominku i z kubkiem gorącej herbaty w dłoni. I tak też zrobiliśmy. Całą czwórką wkroczyliśmy do Pokoju Wspólnego i prędko odnaleźliśmy „nasze” miejsca. Wpatrując się w tańczące płomienie nie myśleliśmy o niczym. Ani o gotowych pracach, jeszcze pachnących atramentem, które spokojnie leżały w torbach i czekały na oddanie w ręce profesorów, ani o szybko zbliżającej się pełni. Po prostu siedzieliśmy i rozkoszowaliśmy się wolnym czasem.

Godziny szybko upływały i niespodziewanie zaskoczyła nas noc. Ołowiane chmury zasnuwały niebo, a nieprzeniknione ciemności raz po razie przecinały zygzaki błyskawic. Uczniowie zaczęli gromadnie opuszczać pokój.

Krople deszczu odbijały się od szyb i strumieniami spływały po kamiennych ścianach zamku. James wdawał się nieobecny. Tępo wpatrywał się w ogień powoli dogasający na kominku. Szelmowski uśmiech, zwykle goszczący na jego twarzy, ustąpił miejsca niesamowitej i jednocześnie niepokojącej powadze. Pete okrył się szczelniej kocem.

-James? – zapytałem nieśmiało. Nie opowiedział. Syriusz poruszył się niespokojnie i rzucił mi pytające spojrzenie. Wzruszyłem ramionami w odpowiedzi.

Cisza stawała się nieznośna, ale nikt nie śmiał jej ponownie burzyć. W milczeniu piliśmy stygnącą herbatę.

-Kocham ją. – rzucił niespodziewanie Rogacz, uparcie wbijając wzrok w kupkę dogasających drzazg.

Zrozumieliśmy.

Następnego dnia lekcje rozpoczynaliśmy na godzinę przed przerwą obiadową. Pora niby wymarzona, ale na tym idylliczna perspektywa spędzenia dnia się kończy. Pierwsza godzina – eliksiry, druga - eliksiry , trzecia - wróżbiarstwo, czwarta – wróżbiarstwo, piąta – męczarnie w szklarni. A to wszystko w nieodłącznym towarzystwie Ślizgonów ze Smarkiem na czele.

Ale przynajmniej mieliśmy te kilka godzin dla siebie.

Poderwałem się gwałtownie z łóżka i ledwo zdołałem zakryć twarz rękami by uniknąć trafienia poduszką. Opuściłem ręce i właśnie miałem wyrazić swoją opinię na temat wyczynów Huncwotów, ale Syriusz zwalił mi się na łóżko i uciszył kolejną poduszką.

-Na Remusa!!! – wydarł się James i z barbarzyńskim okrzykiem bojowym rzucił się na mnie. Nawet Pete przyłączył się do ataku. Chlastali poduszkami na wszystkie strony i wydzierali się niemiłosiernie. Zostałem definitywnie pokonany (każdy by przegrał z wojowniczą trójką Huncwotów).

-Na Syriusza!!!- wrzasnął ponownie Rogacz przekrzykując odgłosy walki Łapy i Glizdogona. Powiem szczerze, że miałem ochotę walnąć Blacka poduszką, po tym jak on sam mi nią przyłożył, więc nie zastanawiając się długo porwałem „broń” i skoczyłem na łóżko przyjaciela. Reszta Huncwotów poszła za moim przykładem. Trzeba przyznać, że Syriusz bronił się dzielnie! Ale chyba jednak nie wystarczająco, bo po pięciu minutach zaciętej bitwy odegrał scenkę ze śmiercią przez uduszenie, co było równoznaczne z jego poddaniem się.

-Na James’a – wrzasnął Syriusz i już po chwili Potter był przygwożdżony do drzwi naszymi ciosami. Pierze latało po całej sypialni, a jego część wyfrunęła przez otwarte okno.

Nasze wrzaski przyciągnęły chyba połowę mieszkańców wieży należącej do Gryffindoru. Ludzie patrzyli z ciekawością na nasze wyczyny, niektórzy tłumili narastający chichot, ale większość rżała ze śmiechu na całe gardła. Czasami migały mi twarze z niesmakiem patrzące na to widowisko.

I tak też patrzyła Lilly Evans.

Rude włosy niedbale opadały jej na ramiona, spojrzenie zielonych oczu mroziło powietrze. Zmierzyła wzrokiem każdego z nas. Gdy dotarła do James’a ich spojrzenia przypadkowo się skrzyżowały. Zamarli oboje. Lód odwiecznie ich dzielący wreszcie stopniał. Bez żadnej przyczyny, bez sensu, wbrew jakiejkolwiek logice. Bezsensowność ta jest tak pierwotna i niezrozumiała, że tylko wybrani mogą ją pojąć. Choć z pozoru wydaje się to banalne, jest to najbardziej złożony proces jakiego doświadczamy. Najbardziej skomplikowany i najbardziej nieprzewidywalny, ale jak na ironię określa go jedno słowo.


Następne rozdziały... >>








Autorka: Agnieszka Cieślawska

Opublikowane: 2005-10-31 (2628 odsłon)

[ Wróć ] | Powrót do strony głównej

Z ostatniej chwili
· Zabawny wywiad z Danem w
· Nowe figurki wchodzą na rynek
· Dołącz do redakcji!
· Sesja zdjęciowa Emmy dla "Vogue"
· Matt na konwencji Dragon*Con
Stats
Top Users
1Gosia199362480
2Aniaaa52060
3bellatrix48110
4gibol141245610
504beata44070
6Ala43410
7Marta_Evans42320
8Lina38500
9Elomi36730
10gosia4433820

zobacz ranking...

Prorok Codzienny
Zobacz archiwalne numery
Współpraca

harry potter

Harry Potter: gra MMORPG

Kredyt na start?
Czy ktoś orientuje się, na bazie jakich kryteriów...

Bogaty POMOŻE osobie z Warszawy tel. 887-252-897
Milioner pomoże w spłacie zadłużenia. Tylko osoby...

UDZIELĘ POŻYCZKI PRYWATNEJ DO 10000ZŁ
JESTEM PRYWATNYM INWESTOREM W WIELU SERWISACH KTÓ...

Kategorie
· Wszystkie kategorie
· Fan Zone
· Filmy
· Gry
· HP News
· Inne
· Książki
Szukaj!


On-line
Aktualnie jest 49 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
Zagłosuj!
Czego Ci brakuje najbardziej na stronie?




Wyniki
Ankiety

Głosów 0
© Copyright 2003-2008 by HPNews.pl .
P-Nuke Copyright © 2005 by Francisco Burzi.
Tworzenie strony: 0.28 sekund
Page created in 0.278413 Seconds