STARTUJ Z HP NEWS! | DODAJ DO ULUBIONYCH | POLEĆ HARRY POTTER NEWS! | WSPÓŁPRACA Z HP NEWS | KONTAKT
Harry Potter - Newsy Harry Potter i Insygnia Śmierci Harry Potter - Artykuły Forum Harry Potter News Harry Potter News - księga gości Informacje o Harry Potter News  

Wiadomości: Książki Siódmy tom Filmy Wywiady Fan Fiction Fan Zone
HPNews.pl
   O stronie   Redakcja   K. Recenzentów   Kontakt   Prorok   Forum   Chat ()   FAQ   Prasa o nas   TOP 10   Mapa serwisu   Szukaj...
Menu
KsiążkiSiódmy tomFilmyPiąty filmGryHP NewsInneArchiwum
K. FilozoficznyK. TajemnicW. AzkabanuCzara OgniaZakon FeniksaKsiążę PółkrwiInsygnia Śmierci
K. FilozoficznyK. TajemnicW. AzkabanuCzara OgniaZakon Feniksa

Książki:O książkachJ.K. RowlingA. PolkowskiMary GrandPreWydawnictwaJak powstał HP?Błędy autorkiCiekawostkiSłownik ZaklęćHP w liczbachCzarna MagiaKim jest R.A.B.?Czarna Seria
Filmy:O filmachReżyserzyProducentAktorzyUrodziny aktorówBłędy w filmach
Świat Magii:HogwartQuidditchCzarna MagiaMagiczne...?SmokiWMIGUROK
Twoje kontoE-kartkiPWRanking fanówFan FictionGaleriaPsychotestyQuizyFan MiesiącaDownloadWasze listyDowcipyLinkiWyślij newsaWyślij artykułDołącz do nas!
K. FilozoficznyK. TajemnicW. AzkabanuCzara OgniaZakon FeniksaQuidditch WC
 FORUM:Ogólna dyskusjaKsiążkiFilmyGryHarry Potter 6Harry Potter 7StronaFan FictionFan ArtInna twórczośćOff-Topic
Sponsorzy

Aktualnie brak

Login
Pseudonim

Hasło

Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów.
Cytat dnia

"Szlama mówi do Stworka, Stworek będzie udawał, że nie słyszy... " - Stworek

Konkurs!
HPNews.pl organizuje konkurs na najlepsze opowiadanie fan-fiction. Pokaż swój talent! Napisz opowiadanie!

HPNews.pl » Artykuły » Fan Fiction » Pamiętnik Wilkołaka - część 1


Pamiętnik Wilkołaka - część 1

*** ***

Nazywam się Remus Lupin. Zaliczyłem siedem lat w Szkole Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Dwa lata temu nauczałem tam Obrony Przed Czarną Magią. Teraz mieszkam w domu mojego przyjaciela - Syriusza Blacka. Żyję jak najnormalniejszy człowiek. Lubię czytać i uczyć młodzież żądną wiedzy. Myślicie, że taki nudziarz (nie bójmy się tego słowa) jak ja mógłby zostać bezwzględnym mordercą...? Czy mógłbym doszczętnie zrujnować czyjeś życie...? Sprawić, że odrzuci go społeczeństwo i już nigdy nie wybierze się na spacer w świetle księżyca...?


Mówicie nie?

Mylicie się... Bardzo się mylicie...

Prawie każdy tydzień mojego monotonnego życia upływa spokojnie. Ale prawie każdy... Gdy zacznie zbliżać się pełnia dostrzeżecie we mnie dzikie zwierzę. Będę chciał zabijać. Mordować wszystkich i wszystko co stanie mi na drodze.

Domyślacie się...
Już wiecie...
Tak. Jestem wilkołakiem.

***1***

Zaczynam prowadzić pamiętnik.

Taki cel postawiłem sobie w pierwszej klasie mojego pobytu w Hogwarcie. A teraz? Siedem lat nauki minęło, zdążyłem być nawet nauczycielem w tej szkole, Voldemort powrócił. Tak powrócił pamiętniku (czyż nie czyta się tego ze zdziwieniem - dorosły mężczyzna zwraca się do kartki papieru „pamiętniku”), Zakon Feniksa zrodził się z popiołów, a Syriusz postanowił oddać na jego potrzeby swój rodzinny dom.

Cóż, nigdy nie był do niego zbytnio przywiązany.

Są wakacje, więc cała rodzina Weasleyów, Hermiona i Harry wprowadzili się na jakiś czas pod dach domu Syriusza. On sam jeszcze nigdy się tak nie cieszył. Może tego nie okazuje, ale naprawdę się cieszy. Znam go... To, że Harry jest tutaj, że mogą być razem wiele dla niego znaczy. Dwanaście lat czekał na spotkanie z synem swoich przyjaciół, potem musiał uciekać i się ukrywać, a Harry odwiedzał go sporadycznie.
Widywali się rzadko ze względów bezpieczeństwa. To było wtedy, gdy młody Crouch wystawił go Voldemortowi na Turnieju Trójmagicznym.

Ale teraz mogą być wreszcie razem i oboje korzystają z tego jak mogą.

Coraz częściej odwiedzają nas goście. Zazwyczaj wpadają tylko na chwilę, mówią to co mają powiedzieć i wychodzą.

Członkowie Zakonu Feniksa.

Jest nas coraz więcej. W Ministerstwie, w terenie, w Hogwarcie i tutaj - w kwaterze głównej. Zanim Dumbledore postanowił, że nasza organizacja powstanie ponownie i zanim Grimmauld Place stało się jej siedzibą, było tu obrzydliwie...

Zgnilizna, kurz, brud, spróchniałe podłogi, śmierdzące dywany, boginy w komodach, bahanki za zasłonami,...

Był też Stworek...

Był i niestety musi zostać. Stworek to skrzat domowy pamiętniku. Cuchnące, małe i brudne stworzenie bardzo przywiązane do tego domu i jego pani.

Sama pani Black to niewątpliwie osobliwe zjawisko. Nie ma w niej ani krzty dobra, nienawidzi własnego syna, wyzywa wszystkich którzy zakłócają jej spokój, chorobliwie ceni czystą krew no i nie żyje.

Jej portret uprzykrza nam życie. Musiano użyć bardzo silnego Zaklęcia Trwałego Przylepca, bo nadal nikomu nie udało się pozbyć obrazu. Próbujemy, ale bezskutecznie. Wątpię, czy kiedykolwiek się uda... Zan

im się wprowadziłem trzeba było to miejsce doprowadzić do stanu jakiejkolwiek używalności. Tak więc zajęliśmy się czyszczeniem, szorowaniem, zamiataniem, odkurzaniem i myciem. Słowem - sprzątaliśmy. To była próba charakteru. Tydzień staraliśmy się ogarnąć tą ruderę zanim Weasleyowie, Hermiona i Harry wprowadzili się, tylko na jakiś czas, ale i tak trzeba było ten dom przystosować do użytku. Zrobiliśmy dość powierzchowne porządki, ale na szczęście na horyzoncie pojawiła się Molly i razem z dzieciakami podjęli się zadania, którego my niestety nie wykonaliśmy. Udało im się odgruzować wszystkie pomieszczenia, więc można było je bez obaw o życie zająć. Ja mam na piętrze swoją przestronną sypialnię z trzema dużymi oknami, ładnie rzeźbione łóżko z mahoniowego drewna oraz biurko, szafę i komodę z tego samego kompletu mebli. Jest również piękne i też mahoniowe krzesło z wysokim oparciem. Podłoga ciemna, drewniana, a ściany bardzo uniwersalne, bo beżowe. Tak wygląda mój kąt.

Natomiast podczas pełni, gdy moje człowieczeństwo jest szczątkowe zaszywam się w pomieszczeniu które Syriusz nazwał „idealnym miejscem dla wykształconego wilkołaka”. Wnętrze to jest bez okien, z surowymi betonowymi ścianami i taką samą podłogą. Zostawili mi także kilka krzeseł, stół i dwa wełniane koce, żebym mógł spędzić te noce na czymś więcej niż tylko betonie. Szalonooki zaproponował, że może mi sprowadzić łoże z baldachimem jeżeli tylko chcę. Pisząc o Alastorze przypomniały mi się reakcje członków Zakonu, z którymi nie miałem okazji się wcześniej poznać, gdy dowiedzieli się o mojej przypadłości.

Nie wiem, czy Moody został poinformowany przez Dumbledorea, że jestem wilkołakiem, bo kiedy mu o tym powiedziałem nawet nie mrugnął. Po prostu podał mi rękę i się przedstawił. Kingsley Shacklebolt nieco się zdziwił, z wahaniem podał mi rękę (powiedziałem mu, że do pełni jeszcze daleko i teraz może się nie martwić, bo na pewno świadomie go nie ugryzę) i kiedy wymienialiśmy uściski zapytał, czy przemiana jest tak bolesna, jak to opisują w książkach. Ja na to, że gdyby tak było to ból jaki bym odczuwał byłby porównywalny z uderzeniem śnieżki.

Elfias Doge pogratulował mi odwagi.
Dedalus Diggle szybko uścisnął mi rękę, bo gdzieś wychodził.
Z Emeliną Vance wymieniliśmy uściski dłoni po czym powróciła do herbatki z Molly.
Sturgisa Podmorea znałem już wcześniej.
Hestia Jones uśmiechnęła się tak przyjaźnie, że trudno było tego uśmiechu nie odwzajemnić.
Nimfadora Tonks uścisnęła moją rękę i również (co bardzo mnie zdziwiło) mnie, mówiąc, że bardzo się cieszy, że wreszcie mogła mnie poznać.

Inni członkowie Zakonu Feniksa reagowali albo zdziwieniem, albo byli przestraszeni, że nagle zmienię skórę i rzucę się im do gardła, albo w ogóle się nie dziwili. Ogólnie rzecz biorąc okazało się, że nadal wielu ludzi żyje utartymi przez wieki stereotypami o krwiożerczych potworach jakimi my wilkołaki rzekomo mamy być.

Muszę cię opuścić drogi pamiętniku, bo właśnie Molly oświadczyła, że jeżeli nie pojawię się na kolacji, która zaczyna się za dziesięć minut to będę głodował do rana. Zaczekaj chwilę...

Jajecznica i tosty z serem - takie mamy dzisiaj menu.

Tak więc kończę na dzisiaj moje zapiski i obiecuję (jest ze mną coraz gorzej - składam przysięgę papierowi), że będę w miarę możliwości i czasu uzupełniał Twoje strony moimi przeżyciami, refleksjami, itd.

Do zobaczenia (żegnam się z kartką - to staje się podejrzane...).

***2***

Za dwa dni pełnia.
Cholera, nienawidzę tego!

Zbyt wyczerpany, żeby chodzić, zmęczony tak, że z trudem utrzymuje pióro w dłoni. Ale muszę pisać, bo nie mam nikogo z kim mógłbym się tym podzielić. Nikt nigdy nie przeżył tego co ja. Ta świadomość, że niedługo twoim jedynym pragnieniem będzie chęć mordowania jest przerażająca. W dodatku wilkołactwo odbiera mi część życia. Jeden tydzień każdego miesiąca zostaje mi brutalnie wyrwany.

Dni skrajnego wyczerpania, potem potwornie bolesna przemiana, bycie tym cholernym wilkołakiem i znowu wycieńczenie.

Nawet nie wiem kto mi zrujnował życie. Nie znam nazwiska, nigdy nie widziałem twarzy… Może już nie żyje? Czy była to kobieta, a może mężczyzna? Czy ten ktoś wie, że to zrobił? Miał rodzinę? Wie, że odebrał mi dzieciństwo, młodość i teraz skrupulatnie wydziera dorosłość? Czy wie, że przez niego moim jedynym wspomnieniem sprzed kilkudziesięciu lat jest rozdzierający, przenikliwy ból, a nie pierwsza zabawka?

Nienawidzę Cię kimkolwiek jesteś.

Jutro wieczorem Syriusz i Artur wejdą do mojej sypialni i prawie niosąc odprowadzą do miejsca, gdzie będę musiał czekać sam na sam z bólem aż Księżyca znowu ubędzie.

Zażyłem już dzisiaj eliksir przygotowany przez Snapea. Muszę pić go codziennie na tydzień przed pełnią, bo tylko wtedy działa.

Ten eliksir to świeży wynalazek. Pozwala mi zachować resztki świadomości i ogranicza żądze mordu. Ogranicza, ale nie niweluje. Ból się nie zmniejsza.

Pamiętam pierwszą przemianę. Miałem wtedy kilka lat. Mama zamknęła mnie w piwnicy i zanim wyszła powiedziała „Nie bój się – wrócę”.

Nigdy w życiu tak się nie bałem. Siedziałem skulony w kącie i drżałem z przerażenia. Próbowałem wołać rodziców, krzyczałem pod drzwiami, płakałem z bezsilności i bólu, który narastał. Bolało coraz bardziej, aż w końcu zaczęło się…

Myślałem, że umieram. Coś we mnie rosło. Powiększało się z każdą minutą. Cierpiałem. Wiłem się na kamiennej podłodze i raz po razie wstrząsały mną potworne dreszcze. Człowiecze myśli wypierała zwierzęca rządza. Czułem jak On zagłusza Mnie. Potem tylko jedno wyryło się w mojej pamięci i co miesiąc się pogłębia.

Gryź i zabijaj.
Tylko to...

Nie wiem co działo się w piwnicy. Nie pamiętam.

Chyba ktoś wchodzi po schodach…

To Syriusz i Artur.

***3***

Pomyliłem daty.

Rozumiesz?

Pomyliłem daty!

Gdyby Syriusz i Artur nie przyszli przemieniłbym się między ludźmi.

Przemieniłbym się między dziećmi…

Na szczęście przyszli. Nie wyobrażasz sobie mojej miny pamiętniku. Na początku tak się zdziwiłem tym, że przyszli, że aż mi pióro z ręki wyleciało. Potem chciało mi się śmiać - leżę w łóżku cały w atramencie, a dwóch moich przyjaciół stoi w drzwiach i wyglądają jakby mi nagle na głowie wyrósł druzgotek. Ale kiedy nieco ochłonąłem uświadomiłem sobie, że może coś się stało, coś złego i chcą mi o tym powiedzieć. Już miałem pytać, ale uprzedził mnie Syriusz i mówi: „No, Remusie my tu przyszliśmy, żeby cię eskortować do pewnego ekskluzywnego lokalu, a ty taki nieprzygotowany? Ogarnij się i chodź, bo przemiana nie będzie czekać.”

Wtedy do mnie dotarło. Pomyliłem daty. Tylko jeden dzień, ale… Nawet nie chcę myśleć, co by się stało gdyby się nie zjawili.

Ale na szczęście już prawie po wszystkim.

Muszę tylko zebrać siły, żeby móc znów samodzielnie zejść po schodach.

Podczas przemiany rozwaliłem stół i krzesła, które były w pomieszczeniu. Pamiętam dokładnie, jak rzucałem nimi w ścianę i jak roztrzaskałem stół, i to, że kiedy nie miałem czego niszczyć rozdrapywałem sobie nie zagojone rany. Potem rzucałem się na ścianę. Nie żeby ją rozkruszyć. Żeby poczuć ból.

Dziwisz się teraz pamiętniku, prawda?

Dlaczego szuka dodatkowego cierpienia?

Otóż nikt oprócz nas wilkołaków, nie zdaje sobie sprawy z tego, że ból towarzyszący przemianie nie ustaje aż do kolejnej zmiany, tym razem w człowieka.

Nikt nie opisał tego w książkach, bo my nie chcemy się tym chwalić. Żaden wilkołak nie zdradził, czego szuka poza ofiarami. Tego nikt nie zrozumie. Nikt nie wie jak to jest, gdy cierpisz tak bardzo, że każdą inną formę bólu przyjmujesz z wielką radością i ogromną wdzięcznością. Obsesyjnie poszukujesz na swoim ciele niezupełnie zagojonych ran, żeby je ponownie rozdrapać, a jeżeli takich nie znajdujesz to sam sobie rozcinasz skórę. Chcesz czuć coś innego niż tylko ten parszywy ból zawsze towarzyszący wilkołakom.

Dużo można przeczytać o tych z nas, którzy „uwalani krwią poszukują swych ofiar, by zaspokoić zwierzęcą rządzę mordu drzemiącą w ich umysłach…”… bla, bla, bla. Zadajesz sobie teraz pytanie: dlaczego uwalani krwią?

Nie domyślasz się?

Pierwszą rzeczą, jaką po przemianie robimy to próba stłamszenia tego cholernego bólu. Kilka razy zdarzyło się, że wilkołak sam się zabił.

Zgadnij dlaczego?

Tak chorobliwie starał się uwolnić od tych cierpień.

Mnie też się to prawie zdarzyło.

Miałem siedemnaście lat. Ostatnia klasa Hogwartu.

To była wyjątkowo bolesna przemiana. Miotałem się po Wrzeszczącej Chacie jak nigdy. Rozwalałem co się da, wyrywałem deski z podłogi.

Aż nagle ból osiągnął apogeum. Zupełnie nieoczekiwanie. Zaczęło się od głowy. Czułem jakby ktoś przeszył mi sztyletem skronie. Zupełnie mnie zamroczyło, chyba nawet straciłem na chwilę przytomność. Potem ból stopniowo i bardzo dokładnie rozprzestrzeniał się po całym ciele. Cal po calu idealnie naostrzone igły przebijajły się przez skórę wilkołaka nie opuszczając żadnego skrawka. Wybuch bólu w kościach – myślałem, że wszystkie popękały. Nie mogłem myśleć o niczym innym…

Chciałem wtedy tylko jednego - pragnąłem śmierci.

Szybkiej i skutecznej, żeby tylko ból ustał. Wyłem tak głośno, że podobno było mnie słychać na szkolnych błoniach, nie mówiąc o zupełnie przerażonym Hogsmed. Znalazłem gdzieś duże, stojące lustro i rozbiłem je jednym uderzeniem. Potem tarzałem się w odłamkach mając nadzieję, że któryś przebije mi serce. Nie udało się. Następnie go zobaczyłem… Wielki, żelazny świecznik o średnicy jakichś siedmiu centymetrów. Ale najważniejsze było to, że był bardzo ostro zakończony, tak żeby wbić tam świecę, albo się zabić. Zebrałem w sobie wszystkie siły i zakrwawiony z tępym bólem w lewym barku, jak szalony rzuciłem się w jego stronę, ale James i Syriusz byli szybsi i pognali przede mnie tarasując mi drogę. Strasznie się wściekłem. Pomyśl, że zaraz, za moment uda Ci się zrobić coś, o czym tak marzyłeś. Pomyśl, że spełnią się twoje sny i od szczęścia dzieli Cię tylko maleńka odległość i nagle ktoś daje ci w twarz, mów żebyś się opamiętał, a ty patrzysz jak za jego plecami oddala się od Ciebie Twoja jedyna szansa. Wyrywasz się, ale to już stracone. W moim przypadku było identycznie z tą jednak różnicą, że od świecznika dzielił mnie metr, a w twarz dostałem łapą z pazurami i jelenim kopytem.

Tak mnie rozjuszyli, że ich zaatakowałem.

Po tym zdarzeniu mnie pozostały cztery podłużne blizny na twarzy i złamany nos (chwała pani Pomfrey za jej cudowne umiejętności – śladu po złamaniu nie widać). Syriusz dostał w klatkę piersiową i po dziś dzień ma kilka szram po moim uderzeniu (zapewniam, że wilkołak nie musi drapać, żeby pozostawić Ci na pamiątkę kilka blizn). Jamesowi rzuciłem się na grzbiet i jak można się domyślać po tym zdarzeniu jemu również pozostał ślad.

Prawdziwi przyjaciele.

Rzucili się, żeby mnie ratować ryzykując własne życie, bo przecież każdego z nich mogłem wtedy ugryźć.

Jedno jest pewne – uratowali mi życie.

Teraz też. Mnie, sobie i dzieciom.

Gdybym zrobił komuś krzywdę, czy gorzej - zrujnował życie…

Wolałbym umrzeć niż zrobić coś takiego i żyć z tą świadomością.

„Zniszczyłeś mu życie”, „Nie ma odwrotu”, ”To już koniec”, ”To wszystko przez Ciebie”, ”To było dziecko”, ”Ona była matką”, ”Był ojcem”, ”Zabrałeś im wszystko”, ”Odebrałeś dziecko rodzicom”, „Jak mogłeś”, ”Dlaczego?”.

Żyć i słyszeć te głosy w głowie. Nie możliwe. Nie dla człowieka. Nie dla mnie.

Ale mam to szczęście, że nigdy tego nie zrobiłem. Albo ja temu zapobiegałem, albo ktoś czuwał nad wszystkim.

Przyjaciele.

Byli, kiedy ich potrzebowałem. Znikali, gdy nie mogłem na nikogo patrzeć. Czekali, kiedy ktoś czekać musiał. Są, gdy musimy trzymać się razem. Będą, bo są przyjaciółmi.

***4***

Zacząłem wczoraj wspominać. W moim przypadku to dziwne. Zazwyczaj nie mam czasu pomyśleć o tym, co będę robił następnego dnia, bo akurat mam inne zajęcie, a wspominanie to przecież wracanie do przeszłości. Rzadko miewam taką potrzebę. Nic dziwnego – kto chciałby przypominać sobie takie rzeczy. Ale nie zawsze było źle. Potrafię się cieszyć i śmiać, a w szkole było naprawdę wesoło. Warto wspomnieć, że pierwszy raz od czasu pogryzienia uśmiechnąłem się w Hogwarcie. Szkoła mnie uratowała. Zaraz po przyjeździe byłem zamknięty w sobie, apatyczny i bardzo nieufny. Jedyną osobą, z którą rozmawiałem był Dumbledore. Ale te pogawędki z dyrektorem na środku korytarza między salą do transmutacji, a historii magii krępowały mnie. Byłem nowy jeszcze bardziej niż moi rówieśnicy, bo nie pochodziłem z Anglii. Jestem z Francji pamiętniku. Dokładniej z Marsylii. Urodziłem się tam i mieszkałem przez pięć pierwszych lat życia. Bardzo miło wspominam tamte czasy, kiedy razem z tatą wędrowaliśmy na pobliskie wzgórze. Kilkakrotnie nabawiłem się tam porządnego przeziębienia. Po siódmej chorobie mama zabroniła nam wychodzić z domu, ale po godzinie, czy dwóch sama z nami biegła na wzgórze. Cieszę się, że to pamiętam, bo we Francji miałem normalne życie.

Po śmierci babci przeprowadziliśmy się do Anglii. Mama mówiła, że w Marsylii nic nas nie czeka, więc spakowaliśmy się i tydzień po pogrzebie urządzaliśmy nowy dom w Harwich.

Wtedy wszystko się zaczęło.

Może zacznę opowiadać od początku.

Miałem pięć lat, gdy opuściliśmy Marsylię, a później Francję. Wyjechaliśmy gdzieś, gdzie nie było moich przyjaciół ani nawet żadnej siostry ciotecznej mojego ojca (a to graniczyło z cudem). Nie znałem nikogo, a w dodatku nie rozumiałem połowy z tego, co do mnie mówili nowi znajomi. Mój angielski był szczątkowy, bo w domu po angielsku rozmawialiśmy tylko wtedy, gdy przyjeżdżał wujek Pierre mieszkający niedaleko Londynu. Ale gdy przyjeżdżał musiałem zabierać psa i biec na wzgórze, bo wujek miał zbyt silną alergię i Bergerac nie mógł się pokazywać w promieniu mili. Tak, więc po angielsku znałem kilka słów i potrafiłem powiedzieć kilka zdań. Ale po przeprowadzce mama zajęła się moją nauką i już po kilku lekcjach (wspomaganych magią i eliksirami poprawiającymi koncentrację i pamięć) widać było znaczące postępy. Tak, więc w domu zaczęliśmy mówić po angielsku. Bardzo nad tym ubolewałem, bo zdecydowanie wolałem francuski niż ten język, którym wszyscy na około mnie się posługiwali. W ramach protestu „zapomniałem”, że nie jesteśmy w Marsylii i mówiłem tylko i wyłącznie po francusku. Wreszcie czułem, że ktoś się mną interesuje. Chodzi tu o moich znajomych. Może nie było to zainteresowanie, o jakim myślałem, a chciałem, żeby wreszcie ktoś się ze mną zaprzyjaźnił, bo kilka miesięcy bez rozmowy z rówieśnikami już mi zbrzydło i odczuwałem wielką potrzebę dyskusji z kimkolwiek, oczywiście, jeżeli miał pięć lat. Tak, więc zaczęli się mną interesować.

Kiedyś siedziałem sobie spokojnie na ławce przed domem i podeszli do mnie dwaj synowie państwa Heinz’ów mieszkających w sąsiedztwie i zapytali mnie, czy rzeczywiście jestem z Francji, i czy to prawda, że nie mówię po angielsku. Odpowiedziałem, że tak – rzeczywiście pochodzę z Francji, ale mówię po angielsku. Posługiwałem się wtedy oczywiście moim ojczystym językiem. Po tej krótkiej wymianie zdań Jordan i Bertie (tak się nazywali) zrobili wielkie oczy i krótko - mówiąc zwiali do domu. Wrócili po kilkunastu minutach z wszystkimi dzieciakami mieszkającymi w okolicy. Przedstawili mnie i powiedzieli, że „to jest ten chłopak, o którym mówili wam rodzice”. Nieco zdziwiony tym, że rodzice zdążyli naopowiadać tym dzieciom jakichś głupot o mnie (a to naprawdę musiały być głupoty, bo Kristy Nolan zapytała, czy to prawda, że przeprowadziliśmy się tutaj po tym jak mój ojciec zamordował jakąś kobietę i musieliśmy uciekać przed Ministerstwem, które nas do tej pory ściga). Ale nie brałem sobie do serca ich idiotycznych pytań tylko po prostu odpowiadałem na nie, a to, co mówiłem (po francusku rzecz jasna) było najprawdziwszą prawdą. Albo zaprzeczałem, albo potwierdzałem ich przypuszczenia. A właściwie przypuszczenia ich rodziców, które podsłuchali ukrywając się za fotelami, czy pod stołem. Nieco męczyło mnie moje stanowisko. Po kilku dniach znudził mnie ten potok wciąż powtarzających się pytań, a najbardziej zbrzydło mi odpowiadanie na nie. Tak, więc zawarłem z rodzicami układ: będę rozmawiał z rówieśnikami i z kim jeszcze chcą po angielsku, jeżeli oni będą porozumiewać się ze mną w języku francuskim. Zgodzili się i od tego czasu moja popularność znacząco spadła (nie byłem już tym „dziwakiem niemówiącym po angielsku”). Dzieciaki z okolicy przestały się mną interesować i z pozycji „sensacji miesiąca” spadłem na sam dół w podwórkowej hierarchii.

Bardzo nad tym ubolewałem, ale z pomocą przyszedł James Potter Tak! Wreszcie na horyzoncie pojawił się ten wariat! Przyjechał do cioci na wakacje i któregoś popołudnia spotkaliśmy się na łące niedaleko mojego domu. Siedziałem sobie spokojnie, a James podszedł do mnie i pyta, czy rzeczywiście jestem bezwzględnym mordercą jak mu powiedział Bertie Heinz. Naprawdę się zdenerwowałem i już zerwałem się na równe nogi, żeby mu coś odpyskować, ale Potter jeszcze nie skończył i mówi, że my mordercy zazwyczaj spędzamy popołudnia samotnie. Zupełnie mnie wytrącił z równowagi (dosłownie!). Pierwszy raz od przyjazdu, ktoś, kogo nigdy wcześniej nie znałem rozmawia ze mną nie zadając pytań w stylu „Czemu twój ojciec jada jaszczurki?” i w dodatku jest miły i zabawny. Usiadłem, a James obok mnie i dalej rozmowa potoczyła się już gładko. A rozmawialiśmy o wszystkim. O moim przyjeździe, o Marsylii, o Anglii, o mnie, o Jamesie, o wszystkim. Potem, aż do wyjazdu Pottera codziennie biegaliśmy do siebie. W końcu nadszedł ten dzień i po raz ostatni tego roku spotkaliśmy się na łące. Pożegnaliśmy się po męsku i odjechał. Nie będę ukrywał, że tęskniłem. Tęskniłem, bo znowu wszystko wróciło do normy i dalej byłem obcy. Ale po roku przyjechał do tego samego miasteczka i do mnie. Najwspanialsze wakacje – tylko tak można je opisać. Ale i one się skończyły. Tym razem James wrócił do domu już na początku sierpnia.

A ja?

A ja straciłem wtedy szansę na normalne życie. Wtedy pogryzł mnie wilkołak.

Nie chcę teraz o tym pisać. Może kiedyś, ale nie teraz.

Tak, więc przeskoczmy kilka lat do przodu. Pierwszy wyjazd do Hogwartu pamiętam bardzo dokładnie. Było wyjątkowo słonecznie i ciepło. Jak się potem okazało to był pierwszy i ostatni taki dzień tamtego września. Rodzice odprowadzili mnie pod peron 9 i ¾ i wrócili do domu. Przeszedłem przez barierkę i wpadłem na Jamesa Pottera! Zderzyliśmy się wózkami z bagażami. Kiedy tak leżeliśmy na ziemi między walizami i kuframi podszedł do nas jakiś chłopak i pomógł wstać Jamesowi, a później mnie.

To był Syriusz, Syriusz Black.

Kiedy już uprzątnęliśmy cały bałagan jaki sami stworzyliśmy przeszliśmy do bardziej oficjalnej części tego spotkania, czyli do powitań.

Gdy już wszyscy znali wszystkich (James miał okazję poznać Syriusza zanim spotkał mnie - podobno łączy ich nikłe pokrewieństwo) mogliśmy wejść do pociągu. Znaleźliśmy sobie całkiem miły przedział. Nie był on jednak pusty. W środku siedział jakiś bliżej niezidentyfikowany młodzieniec. Peter Pettigrew.

Znowu zaczęły się uprzejmości. Bardzo miło nam się jechało w czwórkę przez Anglię w pociągu pełnym rozwrzeszczanych uczniów Hogwartu.

Zanim okazało się, że pójdę do właśnie tej szkoły rodzice i ja przeszliśmy istne piekło. Mama uważała, że jako Francuz z krwi i kości powinienem zostać przyjęty do Beauxbatons. Tata był tego samego zdania. Pozostawał tylko jeden problem – moje wilkołactwo. W czerwcu pojechaliśmy uzgodnić tę kwestię z Madame Maxime, która wtedy pierwszy rok obejmowała fotel (albo sofę…) dyrektora szkoły. Na miejscu zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci. Maxime nie spodziewała się, w jakiej sprawie przybywamy. Kiedy tata powiedział, że potrzebuję specjalnych warunków do nauki i nie tylko Madame tylko uśmiechnęła się jak do niedorozwiniętego i powiedziała, że w jej szkole wszyscy uczniowie zawsze mieli, mają i będą mieć takie same warunki gdziekolwiek. Wtedy tata odpowiedział identycznym uśmiechem i dodał, że naprawdę muszę żyć inaczej niż inni studenci. Maxime zaczęła się wściekać i prawie wykrzyczała, że nie będzie robiła wyjątków dla jakichś Francuzów, którzy w dodatku nie mieszkają we Francji i chcą „specjalnych warunków” dla swojego synalka. I wtedy tata (dalej z tym idiotycznym uśmiechem na twarzy) powiedział dokładnie „Madame Maxime, czy naprawdę chce pani trzymać wilkołaka w czasie pełni z resztą uczniów?”. Zdębiała, zrobiła wielkie oczy i kazała się nam wynosić, zabierać mnie stąd, bo nie będzie gościć pod swoim dachem takiego obrzydliwego potwora, jakim jestem ja (wtedy przerażony jej reakcją jedenastoletni chłopiec) oraz powiedziała, że Beauxbatons to szanująca się instytucja, która nigdy w historii nie przyjęła wilkołaka i ona nie zamierza tego zmieniać. No i został nam już tylko Dumbledore. Całe szczęście, że to był on. Przyjął mnie z miejsca.

A w szkole tyle się działo!

Na przykład kiedyś James i Syriusz…

Boże! Już tak późno! Zaraz Molly mnie zabije! Obiecałem jej, że pomogę w odboginowaniu komody z sypialni pani Black.

Lepiej już pójdę, ale tematu szkoły nie zostawię. O nie! Zbyt wiele tam się działo, żeby teraz o tym zapomnieć.

***5***

Matko, ale się namęczyliśmy przy tej komodzie! Zaczęliśmy ją sprawdzać, tak jak to zwykle robimy – po jednej szufladzie. W każdej, bez wyjątku był bogin! Cały wieczór zajęło mi i Molly przeszukiwanie tego z pozoru nieszkodliwego mebla. Przynajmniej udoskonaliliśmy swoje umiejętności w dziedzinie usuwania boginów z komód… No, ale cóż – zaoferowałem swoją pomoc i ogromnym błędem byłoby niestawienie się na wezwanie.

Przyrzekłem sobie, że będę dalej wspominał.

Wiem, że Syriuszowi mogę powiedzieć wszystko, ale mimo to muszę. Muszę pisać pamiętnik. Może potrzebuję kogoś bezstronnego? Kogoś, kto wysłucha, ale nie będzie pocieszał ani nie będzie udzielał rad jak sobie z tym problemem poradzić. Myślę jednak, że problem nie tkwi w potrzebie pisania.

Syriuszowi mogę powiedzieć wszystko – to prawda, ale nawet jeżeli będzie się bardzo starał nie wszystko zrozumie.

On nie wie co to znaczy bać się księżyca i nienawidzić siebie.

Nie, nie. Nie zrozum mnie źle. Z wiekiem ta nienawiść ustępuje, ale nie przeczę, że nienawidzę siebie jako wilkołaka.

W tej formie nie panuję nad sobą, nie wiem do czego jestem zdolny, nie pamiętam co robiłem. Najgorsze jest to, że nie da się powstrzymać tego procesu. Na wilkołactwo nie ma lekarstwa. Są tylko sposoby na przywrócenie ludzkiej świadomości. Ale też nie zwracają jej w pełni. Ograniczają potrzebę szukania ofiary. To wielkie osiągnięcie jak na nasze czasy. Nie można temu zaprzeczyć. W końcu przedtem każdy napotkany przez wilkołaka człowiek był jego potencjalną kolacją.

Miałem wspominać, ale widzę, że się nieco zagalopowałem…

No cóż… Ostatnio rozmawiałem z Syriuszem o naszych pierwszych wspólnych wakacjach.

Wszyscy Huncwoci przybyli do mojego miasta! Niech się kryją Heinz’owie!

To było, gdy mieliśmy po trzynaście lat, ale może jednak zacznę od podróży na King’s Cross.

Znaleźliśmy ostatni wolny przedział. Mieliśmy niewielkie opóźnienie w dotarciu do celu, bo kiedy szliśmy w jego stronę drzwi obok nas otwarły się wyszła z nich Lily Evans. James, gdy ją tylko zobaczył padł na kolana i wyznał jej miłość. Nie bardzo się tym zainteresowała. Nie dziwię się. James przynajmniej cztery razy dziennie się jej oświadczał, więc kolejna próba zwrócenia na siebie jej uwagi była, jak poprzednie, zupełnie bezcelowa. Lily przeszła obok klęczącego Rogacza i powiedziała „Potter może zapiszesz się na jakieś leczenie?”. Co na to „ofiara miłości” (wtedy kazał tak na siebie mówić!)? Z przeraźliwym krzykiem rzucił się na podłogę i cały w drgawkach wołał „Lily! Lily!”. Syriuszowi udzieliła się ta sytuacja i padł na kolana obok „cierpiącego” Potter’a wołając „Nie James, nie umieraj, nie odchodź!”.

Lily tylko prychnęła pogardliwie podsumowując tę, nie przeczę, wyjątkowo dobrze odegraną scenę i pobiegła do swoich koleżanek, które wychyliły głowy z sąsiedniego przedziału. Jedna z nich, przeraźliwie chuda Henrietta Harrison, powiedziała nieśmiało „Cześć Syriusz”. Ten na to „Harrison! James umiera, a ty mi mówisz cześć?” i zanosząc się „szlochem” odwrócił się w stronę Petera najwyraźniej zażenowanego tą sytuacją. Dziewczyna się spłoszyła, a ja musiałem jakoś to zakończyć, więc razem z Syriuszem wciągnęliśmy „konającego” Pottera do przedziału. Poza tym drobnym incydentem cała podróż minęła spokojnie, nie licząc jeszcze jednego wypadku.

Otóż James zobaczył Lily rozmawiającą z jakimś chłopakiem. Rozmawiali, ale dla Rogacza wyglądało to na próbę zabójstwa, więc w ogóle nie myśląc o konsekwencjach (jak mu się to często zdarzało) rzucił się na biednego Carl’a Rubenfeld’a. Pottera udało się nam w ostatniej chwili złapać za szatę i odciągnąć od jego niedoszłej ofiary. Lily tym razem nawrzeszczała na James’a. Trzeba przyznać, że krzyk ma donośny. Wszyscy, którzy byli w pociągu z zaciekawieniem wpatrywali się w tą sytuację. Jeżeli nawet nie byli to wszyscy to po tym jak James powtórzył swoją scenę z umieraniem nie wierzę, że był ktoś, kto by tego nie usłyszał. Darł się jak opętany, a Syriusz czując się zobowiązany znów znakomicie odegrał swoją rolę.

Jakiś piątoklasista zapytał czemu zadaję się z młodszymi. Zrobiło mi się głupio. Czemu tak zapytał? Zawsze byłem najwyższy z naszej czwórki i nie raz brano mnie za starszego. Bez względu, czy był to pierwszy, czy setny raz, gdy ktoś o to pytał było mi po prostu głupio. Ale najgorzej poczułem się wtedy, gdy któraś z dziewcząt przyglądających się całemu zdarzeniu powiedziała do koleżanki, że wolałaby się umówić z wilkołakiem niż Potterem. Wiem, że miała prawo tak powiedzieć, bo nie wiedziała czym jestem, ale zrobiło mi się przykro. Chłopcy chyba też to usłyszeli, bo po chwili siedzieliśmy w przedziale. Chcieli mnie pocieszyć. Syriusz przypomniał mi jak kilka godzin wcześniej na stacji „poderwałem” dwie najlepsze dziewczyny w Hogwarcie.

Może jednak opowiem co się wtedy stało.

Mieliśmy już wchodzić do pociągu, gdy Lily poślizgnęła się a upadając, w ostatniej chwili złapała za szatę swoją koleżankę, która w efekcie też leżała na ziemi. Stałem niedaleko, więc pomogłem im wstać. Chłopcy podeszli w momencie gdy dziewczyny w przypływie wielkiej wdzięczności rzuciły mi się na szyję dziękując, że uratowałem im życie. Kłamstwem byłoby stwierdzenie, że nie byłem zaskoczony. Zupełnie czerwony na twarzy wyswobodziłem się z ich ucisków. Dzisiaj jestem pewien, że była to ukartowana próba pokazania James’owi, że na nim świat się nie kończy. Najgorsze przyszło później.

Wszystko widzieli pozostali Huncwoci. Dziewczyny stały niedaleko, kiedy Syriusz zawołał „No Remusie widzę, że wystarczy cię zostawić na chwilę samego, a już podrywasz największe laski w Hogwarcie!”. James w ogóle się nie odezwał. Całą drogę aż do pierwszego incydentu z Evans, Potter’em i Black’iem w rolach głównych tłumaczyłem Rogaczowi i Łapie, że po prostu pomogłem wstać dziewczynom.

Wreszcie dojechaliśmy na miejsce.

Kiedy już dotarliśmy do Harwich i pokazałem chłopakom okolicę zaczęły pojawiać się pierwsze fanki Syriusza. James dopadł jakiegoś dzieciaka i kazał mu powiedzieć wszystkim mieszkającym w promieniu mili, że Lily Evans jest najpiękniejszą kobietą na Ziemi. Zawsze intrygowało mnie, jakim cudem włosy sterczą mu na wszystkie strony…

Do domu wróciliśmy późnym wieczorem. Mama na nas nakrzyczała, że nocą włóczymy się po lasach, a ona umiera ze strachu. Miała wtedy rozpuszczone włosy. Lubiłem, gdy nie spinała ich w koński ogon. Naprawdę pięknie wyglądała z tymi swoimi kasztanowymi lokami sięgającymi pasa. Ojca nie było w domu kiedy przyjechaliśmy, więc musiałem mu przedstawić Huncwotów. Ucieszył się, gdy nas zobaczył. Cały wieczór spędziliśmy przy stole rozmawiając z moimi rodzicami. Nie pamiętam o czym gawędziliśmy.

Następnego dnia wszyscy poznali Huncwotów i ich możliwości.

Szliśmy w czwórkę do lasu, ale po drodze Syriusz i James nie wytrzymali i powiedzieli, że jeżeli zaraz nie zrobią jakiejś głupoty to skoczą z mostu. Nie dziwię się ich desperacji – od dwóch dni nie spotkali Smarkerusa. James „zwierzył” się nam, że tęskni za jego puszystą czuprynką, co skwitowaliśmy gromkim śmiechem.

W którymś momencie nieuważnie wspomniałem im o panie Nolan’ie, który szczuje psami każdego, kto odważy się wejść do jego sadu. Po pięciu minutach siedzieliśmy nad prowizoryczną mapą planując wyprawę do „zakazanego ogrodu”.

Najpierw wysłaliśmy na zwiady Glizdogona. Jako szczur potrafił się wślizgnąć wszędzie. Kiedy wrócił okazało się, że pan Nolan śpi na werandzie i nic nie potrafi go wyrwać z tej drzemki. Psy są zamknięte, a Kristy (o której musiałem im opowiedzieć, bo Syriusz nalegał) pewnie wyszła do jakiejś przyjaciółki, bo nigdzie jej nie ma. Później James stwierdził, że jest zbyt głodny, żeby wybierać się na jakiekolwiek eskapady. Więc wróciliśmy do domu, a tam czekała już na nas z obiadem moja mama. Kiedy ponownie stanęliśmy pod bramą oddzielającą nas od sadu nie wahaliśmy się i po kilku minutach zajadaliśmy się jabłkami pana Nolan’a. Niezbyt cieszyła mnie wizja tego co zrobiliśmy, więc, żeby nie nadwyrężać sumienia jako jedyny oparłem się pokusie i nie tknąłem owoców. Wszystko szło idealnie do momentu, w którym pojawiła się Kristy. Najpierw ze zdumieniem patrzyliśmy jak zmienia się kolor jej twarzy. Najpierw zupełnie zbladła, potem zaczęła się robić czerwona. Była wściekła – to nie ulegało wątpliwości, ale całą sytuację uratował Syriusz. Wykorzystał swoją biegłość w oczarowywaniu dziewcząt (nigdy nie udało mi się dojść do tego jak sprawiał, że wszędzie gdzie się pojawiał nagle materializowały się jego fanki) i już po chwili Kristy gawędziła z nami w najlepsze, a zanim wyszliśmy wypchała nam kieszenie znakomitymi jabłkami z sadu ojca.

I tak całą drogę powrotną objadaliśmy się owocami, które nam Kristy sprezentowała, a Syriusz zdobył kolejną wielbicielkę.

James postawił sobie za punkt honoru wywarcie jak największego wrażenia na „tubylcach” i na nas oczywiście. Któregoś wieczoru wepchnął nas na drzewo i ze swoim niepokojąco tajemniczym uśmiechem kazał patrzeć na to, co miało się za chwilę wydarzyć. Często zastanawialiśmy się, jakim cudem Ollivander sprzedał mu różdżkę, bo młody czarodziej taki jak James w nią uzbrojony potrafił być niebezpieczny! Całe szczęście, że nie mógł jej użyć, ale i bez niej potrafił zrobić niebezpieczną i wyjątkowo spektakularną głupotę.

Siedzieliśmy na drzewie modląc się w duchu, żeby nie przyszło mu na myśl rzucenie jakiegoś uroku na nadchodzącego przechodnia. Całe szczęście powstrzymał pokusę użycia różdżki, ale i tak to co zrobił było bardzo widowiskowe. Do tej pory nie pochwalam tego co Rogacz zrobił, ale rzeczywiście wywarł na wszystkich wrażenie. James zanim pojawił się na drodze i wzbudził ogólny zachwyt wśród dziewcząt i dzieciaków mieszkających niedaleko przemienił się w jelenia. Tak! Ryzykując, że ktoś zobaczy jak się zamienia ten wariat to zrobił! Zatkało nas.

James, żeby się wyswobodzić z tłumu rozpływających się na jego widok dziewcząt oraz prychających pogardliwie chłopców, a przede wszystkim wrzeszczących dzieciaków musiał galopem wiać do lasu!

Znaleźliśmy go tam i przez kilka godzin zaśmiewaliśmy się do łez słuchając jak to Patty Johnson próbowała go dosiąść.

To były cudowne wakacje. Tyle się działo!

Może jutro dokończę pisać, a na razie lecę na kolację, bo zgłodniałem myśląc o jabłkach pana Nolan’a!

Kolejne rozdziały »








Autorka: Agnieszka Cieślawska

Opublikowane: 2005-10-31 (4147 odsłon)

[ Wróć ] | Powrót do strony głównej

Z ostatniej chwili
· Zabawny wywiad z Danem w
· Nowe figurki wchodzą na rynek
· Dołącz do redakcji!
· Sesja zdjęciowa Emmy dla "Vogue"
· Matt na konwencji Dragon*Con
Stats
Top Users
1Gosia199362480
2Aniaaa52060
3bellatrix48110
4gibol141245610
504beata44070
6Ala43410
7Marta_Evans42320
8Lina38500
9Elomi36730
10gosia4433820

zobacz ranking...

Prorok Codzienny
Zobacz archiwalne numery
Współpraca

harry potter

Harry Potter: gra MMORPG

Kredyty do 20,000 zł, bez przedpłat, cała Polska, online !
Witam, zajmuję się pośrednictwem finansowym. Wspó...

Potrzebuje kredytu gotowkowego
Witam potrzebuje kredytu gotowkowego w kwocie do ...

PROFI CREDIT Międzyrzec Podlaski i okolice
Pożyczka na dowolny cel.w firmie pożyczkowe...

Kategorie
· Wszystkie kategorie
· Fan Zone
· Filmy
· Gry
· HP News
· Inne
· Książki
Szukaj!


On-line
Aktualnie jest 172 gość(ci) i 0 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
Zagłosuj!
Czego Ci brakuje najbardziej na stronie?




Wyniki
Ankiety

Głosów 0
© Copyright 2003-2008 by HPNews.pl .
P-Nuke Copyright © 2005 by Francisco Burzi.
Tworzenie strony: 0.29 sekund
Page created in 0.292756 Seconds