STARTUJ Z HP NEWS! | DODAJ DO ULUBIONYCH | POLEĆ HARRY POTTER NEWS! | WSPÓŁPRACA Z HP NEWS | KONTAKT
Harry Potter - Newsy Harry Potter i Insygnia Śmierci Harry Potter - Artykuły Forum Harry Potter News Harry Potter News - księga gości Informacje o Harry Potter News  

Wiadomości: Książki Siódmy tom Filmy Wywiady Fan Fiction Fan Zone
HPNews.pl
   O stronie   Redakcja   K. Recenzentów   Kontakt   Prorok   Forum   Chat ()   FAQ   Prasa o nas   TOP 10   Mapa serwisu   Szukaj...
Menu
KsiążkiSiódmy tomFilmyPiąty filmGryHP NewsInneArchiwum
K. FilozoficznyK. TajemnicW. AzkabanuCzara OgniaZakon FeniksaKsiążę PółkrwiInsygnia Śmierci
K. FilozoficznyK. TajemnicW. AzkabanuCzara OgniaZakon Feniksa

Książki:O książkachJ.K. RowlingA. PolkowskiMary GrandPreWydawnictwaJak powstał HP?Błędy autorkiCiekawostkiSłownik ZaklęćHP w liczbachCzarna MagiaKim jest R.A.B.?Czarna Seria
Filmy:O filmachReżyserzyProducentAktorzyUrodziny aktorówBłędy w filmach
Świat Magii:HogwartQuidditchCzarna MagiaMagiczne...?SmokiWMIGUROK
Twoje kontoE-kartkiPWRanking fanówFan FictionGaleriaPsychotestyQuizyFan MiesiącaDownloadWasze listyDowcipyLinkiWyślij newsaWyślij artykułDołącz do nas!
K. FilozoficznyK. TajemnicW. AzkabanuCzara OgniaZakon FeniksaQuidditch WC
 FORUM:Ogólna dyskusjaKsiążkiFilmyGryHarry Potter 6Harry Potter 7StronaFan FictionFan ArtInna twórczośćOff-Topic
Sponsorzy

Aktualnie brak

Login
Pseudonim

Hasło

Nie masz jeszcze konta? Możesz sobie założyć. Jako zarejestrowany użytkownik będziesz miał kilka przywilejów.
Cytat dnia

"- Ty, co ty tu właściwie robisz?
- Przewróciłem się.
- A po kiego grzyba?
- Nie zrobiłem tego umyślnie!"
- Stan Shunpike/Harry Potter

Konkurs!
HPNews.pl organizuje konkurs na najlepsze opowiadanie fan-fiction. Pokaż swój talent! Napisz opowiadanie!

HPNews.pl » Artykuły » Fan Fiction » Pamiętnik Wilkołaka - część 4


Pamiętnik Wilkołaka - część 4

*** ***

Gdy kolejna Drętwota świsnęła mi koło ucha pomyślałem: Ile jeszcze wytrzymam?
-Jeszcze trochę. – powiedziałem sam do siebie i prawie po omacku wyciągnąłem przed siebie różdżkę


***17***

Gdy kolejna Drętwota świsnęła mi koło ucha pomyślałem: Ile jeszcze wytrzymam?

-Jeszcze trochę. – powiedziałem sam do siebie i prawie po omacku wyciągnąłem przed siebie różdżkę

– DRĘTWOTA!!! – ryknąłem na całe gardło. Ktoś z głuchym łoskotem bezwładnie padł na podłogę. Było ich już mniej, ale nadal dziesiątki zaklęć fruwały wokół nas, coraz bardziej elektryzując powietrze. –DRĘTWOTA! DRĘTWOTA!! DRĘTWOTA!!! – krzyczałem starając się celować we wszystko co się rusza i nie wygląda jak Huncwoci albo Lilly. Gdzieś za plecami usłyszałem Syriusza, który już dłuższy czas walczył na uroki z nieznanym mi chłopakiem. James i Lilly stykali się plecami i z niebywałą szybkością oraz precyzją rzucali Drętwoty na zmianę z Expeliarmusami. Ludzie wokół padali jak muchy. Co chwila ktoś uderzał w drewniana podłogę.

-James! Lilly!- krzyknąłem

-Jestem! – odpowiedział Rogacz.

-Jestem! – wrzasnęła.

-Syriusz! – zawołałem Łapę.

-Jestem! – odkrzyknął.

Wszyscy jeszcze walczyli. Powoli, ani na chwilę nie spuszczając wzroku, zacząłem się cofać. Ostrożnie stawiałem stopy. Gdybym się teraz potknął byłbym bez szans. Zupełnie bezbronny. Tak jakby ktoś celował mi różdżką w plecy. PLECY!

-Idziesz gdzieś Lupin? – wysyczał z satysfakcją Malfoy wbijając mi różdżkę między żebra.

-Właśnie cię szukałem Lucjuszu. Zaczęło mi się nudzić. – odpowiedziałem powoli.

-No i jak myślisz, co się teraz stanie?

-Eeeee... Zacznie padać?

-Nie rób z siebie idioty Lupin! – warknął – Znam kilka ciekawszych zaklęć niż ty.

-Drętwota też jest niezła.

-Tak Malfoy – gdzieś za nami odezwał się James – Też jest niezła.

-DRĘTWOTA!!! –zagrzmieli Rogacz, Łapa i Lilly.
Usłyszałem jak za moimi plecami Lucjusz z hukiem uderza w podłogę

-Dzięki. – powiedziałem.

-Nie dziękuj. – odparł Syriusz.

-To w końcu musi się skończyć.- dodała Lilly w momencie, gdy zaczęliśmy ustawiać się w krąg i odwróceni do siebie plecmi co chwila rzucaliśmy Drętwoty, czy Expaeliarmusy.- przynajmniej oceny z Drętwoty będziemy mieć niezłe. – powiedziała cierpko.

- Remus z lewej!!! – ryknął Syriusz, który zauważył nagły ruch gdzieś naprzeciwko siebie i posłał urok w stronę zbliżającej się postaci. Chybił. Wycelowałem w to samo miejsce i…chybiłem.

-Sectusempra! - odezwał się w odpowiedzi czarnowłosy chłopak.

-Snape! – pomyślałem gdy zaklęcie mnie trafiło.

-Snape! – wydarł się James w tym samym momencie.

-DRĘWOTA!!! – krzyknęła Lilly równocześnie i bezbłędnie wycelowany urok ugodził Severusa, który w mgnieniu oka zwalił się na ziemię.

I wtedy stało się coś dziwnego. Powoli osunąłem się na kolana i złapałem lewy bark, który bolał jakby ktoś wbił w niego drewniany kołek. Nagle zakręciło mi się w głowie i przewróciłem się na plecy. Pulsujący ból rozdzierał mi ramię, które nagle stało się dziwnie ciepłe i…lepkie.

Zerknąłem na nie. Wokół rysowała się, coraz większa, kałuża krwi. Ciepło powoli rozchodziło się od ogromnej rany – rozdarta koszula zaczęła nasiąkać.

– PRZESTAŃCIE!!! – ryknął James w stronę rozbłyskającej zaklęciami, kotłującej się zgrai. Wszystko ustało.

-Pani Handarckis! – wydarł się Łapa ściągąc sweter, który Lilly zaraz wydarła mu z rąk. Opadła na kolana obok mnie, zwinęła go i lekko docisnęła do mojego ramienia.

Zabolało. Bardzo.


-Nie wołaj jej! – powiedział Rogacz.

-James sweter! – krzyknęła Lilly w stronę Rogacza, gdy zawiniątko zaczęło przesiąkać.

-Nie JĄ. – rzucił jeszcze zanim zaczął szamotać się ze swetrem i gdy podawał go swojej ‘pannie Evans’, Syriusz zrozumiał o co chodzi.

Nie woła się wampira, gdy pływasz we krwi.

Lilly zajęła się moją raną. Bolało, ale do bólu już zdążyłem się przyzwyczaiłem. Jakby to powiedzieć…Miałem regularne treningi…

-Co mam dalej robić? – zapytała histerycznym tonem Lilly.

/Goldstein. Zawołajcie Goldsteina./

-Nie wiem! – odparł Syriusz.

/Goldstein. Zawołajcie Goldsteina./

Wszyscy, którzy o własnych siłach stali na nogach, zacieśnili krąg, który, niewiadomo kiedy, szczelnie nas otoczył. Upiorny obrazek.

/Goldstein. Zawołajcie Goldsteina./

-CO MAM ROBIĆ?! – wrzasnęła Lilly wyrywając Jamesa z dziwnego transu. Stał i z beznamiętnym niedowierzaniem patrzył na swoją przyszłą żonę po łokcie umazaną we krwi.

Otarła pot z czoła pozostawiając na nim mdłą smugę.

-Przede wszystkim nie panikować. – Profesor Handarckis stanęła za Henrym Goldsteinem.

-Pani Profesor…proszę się nie zbliżać – powiedział Łapa torując jej drogę.

-Nie mam zamiaru Syriuszu… Nie mam zamiaru. – odparła – Ale Henryego przepuścisz. – popchnęła lekko chłopaka. Tłum milczał wpatrując się w nauczycielkę.

-Idź. – szepnęła szturchając go mocniej.
Henry uspokoił się wystarczająco.

Od wieków cała jego rodzina pracowała w Św. Mungu. On też miał taki zamiar. Chciał zostać Uzdrowicielem, i przyznam szczerze, nieźle mu to wychodziło.

-Mary – James odezwał się do stojącej obok niego czarnowłosej dziewczyny. – Biegnij po panią Pomfrey. – potrząsnęła gorliwie głową – Szybko! – rzucił gdy pędziła do drzwi.

-Remus... Hej! Popatrz na mnie! – powiedział Henry lekko klepiąc mnie po policzku.

/Czemu jest tak cicho?/

-Remus! PATRZ-NA-MNIE!!!

Wszyscy milczeli.

-Cholera jasna!!! – zaklął Henry – Kto mu to zrobił?! – zwrócił się do Syriusza.

-Snape…- wycedził Łapa przez zaciśnięte zęby. – Snape - powtórzył. James aż zatrząsł się z nienawiści. Zacisnął pięści, a potem rozprostował palce.

-Remus. Remus! – powtarzał w kółko Henry patrząc mi w oczy.

/Dlaczego stoisz tak daleko Henry?/

Lilly nadal przytrzymując zawiniątko.

-Cureatio. – powiedział Goldstein celując różdżką w ranę.

-Co to było? – zapytała Lilly niepewnym tonem.

-Powinno trochę zmniejszyć ból. –odparł, a ona potrząsnęła głową w geście niewypowiedzianego przyzwolenia. Henry fachowo przypatrzył się mojemu barkowi.

- Nie dociskaj tak mocno.

/Nie ma sprawy Lilly –nie boli. Ale zapalcie jeszcze kilka świec. Ściemnia się./

-Masz. – dodał wręczając jej swój blezer.- Tamten przesiąkn…-nie zdążył dokończyć.

-Ty podły… - /Rogacz?/

-James! – zagrzmiał Syriusz przeciskając się przez pierścień milczących postaci. –James!

Ale James nie chciał słuchać. Był zbyt zajęty okładaniem pięściami Severusa Snape’a, który już jakiś czas przypatrywał się całej tej scenie. Ze swoim krzywym pół-uśmieszkiem, przygotowanym tylko na specjalne okazje, oczywiście.

-Pohamuj się! – skarcił go Łapa. – Milles, Genervien, Hicks, Blakely! Pomóżcie mi. – powiedział starając się powstrzymać przyjaciela, przed wtarciem Snape’a w podłogę. –Pięciu chłopaków musiało rozdzielać dwóch. I cudem im się to udało.

A mnie bolało... Jednak bolało...

-NIE-PRZE-STA-NĘ!!! - wykrzyczał Rogacz dziko wierzgając.

-Przestaniesz James, albo ja będę musiała cię powstrzymać. – rzuciła w jego stronę Profesor Handarckis i złowrogo pociemniały jej oczy. Wszyscy od razu się uspokoili. Cóż… W takim wypadku każdy by się opanował.

-Henry, znowu przesiąknęło. Za szybko Henry! Za szybko! – Lilly dopiero teraz zaczęła płakać. – Za szybko…

-Marcks, ściągnij sweter! – rozkazał Goldstein tonem nieznoszącym sprzeciwu. Poskutkowało.

-Gerenvien! - /Pani Pomfrey!/

-Jesteśmy! - /Dumbledore?/-Jesteśmy Remusie. – powiedział Dumbledore błyskając srebrnymi oprawkami okularów-połówek.

-Możesz już puścić kochanie. – Pani Pomfrey odsunęła delikatnie zdrętwiałe dłonie Lilly.

-Wy też puścicie.- zaproponowała Profesor Handarckis i chłopcy zwolnili uściski. James od razu ruszył w stronę przerażonej Lilly.

-Odsuńcie się. Wszyscy. – dyrektor podniósł różdżkę, zamachnął się pewnie i już po chwili w powietrzu dryfowały nosze. – Odsuńcie się. – powtórzył.

James dotarł do Lilly, pomógł jej wstać i objął ramieniem. Pękła. Schowała twarz w koszuli Rogacza i płakała gorącymi łzami. Cichutko. Tak żebym nie słyszał.

Słyszałem.

-Idziemy panie Lupin. – rzekła dziarsko Pani Pomfrey.

-Idziemy. Już Idziemy. – dodał Dumbledore i uśmiechnął się lekko. Lekko, ale ciepło.

I nagle wydało mi się, że ktoś zaczął śpiewać.

Nie. Ludzie tak nie śpiewają.

Ale przecież słyszałem melodię. Dziwną melodię. Dziwnie na mnie zadziałała. Zrobiło mi się cieplej. Jakoś lżej.

I wtedy przypomniałem sobie ostatnią lekcję Opieki Nad Magicznymi Stworzeniami.

Feniks.



-Hej, Lilly. – powiedział James do burzy loków szalejącej w okolicy jego szyi, gdy trzyosobowy orszak - dyrektor, Pani Pomfrey i Henry Goldstein - ruszył za unoszącymi się w powietrzu noszami, na których leżałem, ruszył w stronę drzwi - Takiej lekcji Obrony Przed Czarną Magią jeszcze nie mieliśmy. – Uśmiechnęła się niemrawo do guzików jego koszuli, Profesor Gerenvien Handarckis do wyschłej deski w podłodze, w którą zapamiętale wpatrywała się od kilku minut, Syriusz do, wędrującego po rozpiętej na lichtarzu pajęczynie, pająka.

A ja do siebie.


***18***

-Ci… Obudzicie go.

-Już się chyba wyspał.

-Chyba na pewno Łapko!

-Łapko? Dobre!

-Też mi się podoba. – wtrąciłem.

-No dzień dobry! Jak się spało? – zapytał James uśmiechając się szeroko. Swoją drogą jak można mówić, gdy usta są zajęte czymś innym? Ale James jest jedną wielką zagadką. To żywy dowód na istnienie nowej, nieznanej dotąd mutacji człowieka – homo zdrowo walniętus.

Drugą, wartą wspomnienia, sprawą jest jego niezwykły uśmiech, który zajmuje coś około…połowy twarzy.

Dopełniają się wzajemnie z Lilly, która, jak na złość, jest jego przeciwieństwem. Zawsze spokojna, opanowana. Do wszystkiego podchodzi ze stoickim spokojem. Potrafi dziesięć razy przemyśleć jedno zdanie zanim je wypowie. Nie to, co James, który strzela słowami na lewo i prawo. Nie zawsze układają się w zdania. Czasami wystarczy, że powie ‘chomik’ i wszyscy tarzamy się ze śmiechu (ale to materiał na inna historię – jeszcze dziwniejszą). Nie zaprzeczam – Rogacz czasami żałuje, że w porę nie ugryzł się w język, ale takie przyziemne troski nie zaprzątają zbytnio jego głowy. Woli zająć się czymś innym. Działaniem. Jakimkolwiek, byle się poruszać. Natomiast Lilly lubi, od czasu do czasu, zatopić się w jakichś rozważaniach. Często wydaje mi się, że widzę jak toczy ze sobą wewnętrzne rozmowy. To do niej pasuje. Jak ulał. Tak samo jak zielone oczy, zajmujące, prawdopodobnie, pięćdziesiąt procent twarzy. No i nareszcie jakaś łącząca ich cecha!

-Wspaniale. Ale nie podają tu śniadania do łóżka. Jedyny minus. – powiedziałem podnosząc się na łokciach.

-Pomyśleliśmy o tym. – wtrącił Peter wyciągając z kieszeni, zgrabnie owinięty w szary papier, pakunek.

-Podano do stołu! – rzekł Syriusz zacierając ręce.

-Tadam! Czekoladowe żaby we własnej skromnej osobie! – Pete rozdarł papier, spod którego wyzierało bajecznie kolorowe opakowanie. Wyciągnął je i otworzył. – Pan pozwoli. – położył je na stoliku stojącym obok. Zanim to zrobił, bezceremonialnie odsunął stertę podręczników („Historia Nowej Anglii w czasie przełomu goblińskiego 1785r.” niejakiego Huntera Westbrightmana , „Vademecum roślin magicznych wywołujących zaparcia” Javine Keephrumbsty, „Sylwetki historyczne Ministrów Magii z przełomu wieków XV i XVI” Silliusa Montare de Savolie – im nudniejsza książka , tym dziwniejsze nazwisko) oraz kupkę niezapisanych pergaminów, kałamarz i orle pióro. Równocześnie sięgnęliśmy po drżący pakunek, co w efekcie nie przyniosło nic. Nasze ręce poplątały się tak skutecznie, że zaczęliśmy podejrzewać Jamesa o jakiś nowy ‘numer’ (czytaj: jeszcze nie przetestowane zaklęcie, które równie dobrze może pozbawić cię wzroku, co wywołać nagły wzrost nagietków). Udało nam się wyswobodzić. Ale sekundę później scenariusz się powtórzył.

-Na miłość boską! – wypaliła Lilly gdy już wyrwała dłonie z żelaznego uścisku rąk Jamesa. (Swoją drogą dziwne, że Rogacz ‘przypadkiem’ trafił właśnie na nią…)

-Zostaw! – pacnęła Syriusza, gdy jego ręce wystrzeliły w stronę stołka.

-Ała! – pisnął Łapa, perfekcyjnie naśladując Audrey Underwood.

Ohhhhhh… Audrey Underwood… W każdej społeczności znajdzie się jakaś ofiara losu…

W między czasie Lilly zdążyła otworzyć opakowanie czekoladowych żab i podsunęła mi je z uśmiechem numer 1896 – Mięknące Kolana. Całe szczęście, że siedziałem.

-Ekhm, ekhm. – chrząknął James i wyszczerzył się w uśmiechu 2563 – No Popatrz Wreszcie Na Mnie Lilly.

-Spokojnie panowie. Przyszliśmy do Remusa. Zachowujcie się.

-Tak jest o Piekna. – powiedzieli równocześnie i zwieńczyli to identycznie modulowanym westchnieniem (numer 1366 – O Matko, Jaka Ty Jesteś Piękna, Ale Teraz Daj Nam Czekoladowe Żaby). Lilly zastygła w miejscu, zmierzyła ich, mrożącym krew w żyłach i zatrzymującym serce Jamesa, wzrokiem. Ale zaraz w jej oczach błysnęła zielona iskierka.

-To było niezłe. Możecie tak do mnie mówić. – mrugnęła do nich filuternie. Po minie Rogacza (numer 1 – KOCHAM CIĘ LILLY!) można było stwierdzić, że ze zdziwieniem odkrył, że unosi się jakieś siedem cali nad podłogą.

-A teraz moje żabki... – oczy Jamesa zamgliły się lekko, co znaczyło, że stracił kontakt z Ziemią -…zginiecie w ustach żabkożerców.- zakończyła dramatycznym tonem i w tym, jakże wielkim i dogłębnym, smutku, z jękiem rozpaczy, rozdarła kolorowe opakowanie. Malutki czekoladowy płaz wyskoczył i po dwóch sekundach szybowania i wolności wylądował na dłoni Lilly, która (w wielkim cierpieniu oczywiście!) pocałowała żabę w główkę.

-Ta jest moja!!! – ryknął James lądując na (prawdopodobnie) ojczystej planecie i łokciami rozsunął Petera i Syriusza. Równie szybko jak wyrwał się do przodu jego szczęka opadła do poziomu kolan - Lilly z nieukrywaną przyjemnością mieliła czekoladową główkę.

-Uuuuułaaaaa!- bardzo inteligentnie podsumowaliśmy ten obrazek.

-Proszę! – powiedziała radośnie Lilly podsuwając mi opakowanie.

Puk, puk.

-Eeeee… - James i jego ulubiona kwestia. – Proszę.

-M-mogę? – głowa Henryego Goldsteina wystawała zza drzwi.

-Jasne Henry! Wchodź, wchodź. – zachęcałem go.

-P-przepraszam, że tak późno, ale rana tak ulokowana mogła doprowadzić do p-pneumonaemii i nie chciałem p-przeszkadz-dzać, gdyby rzeczywiście…

-Pneu-co? –zapytał osłupiały Pete.

-Pneumonaemia – z-zastój krwii w płucach. – Henry w momencie się ożywił. Cóż – jego temat. – R-rana była bardzo blisko lewego p-płuca. Z-zaklęcie mogło w nie trafić i…- tłumaczył Henry.

-Blee! – przerwał Syriusz.

-Żabkę? – zapytała Lilly niewinnie.
Henryego nieco zatkało.

-T-tak. – sięgnął do opakowania. - Dz-dzięk-kuję.

Henry Goldstein nienawidził w sobie wielu rzeczy. Najbardziej jednak cierpiał z powodu lekkiego jąkania się. Zacinał się przy pojedynczych słowach, choć czasami udawało mu się powiedzieć gładko całe zdanie. Jednak niesamowicie się tego wstydził.

Ale w skrajnych sytuacjach, gdy inni panikują i tracą głowy, gdy trzeba zachować zimną krew i stalowe nerwy, Henry Goldstein wykazuje się niezwykłą odpornością i… przestaje się jąkać. Tak. Paradoksalnie przestaje się jąkać. Natomiast, kiedy coś wytrąci go z równowagi… James wysnuł kiedyś teorię, że gdzieś to jąkanie musi dać upust, za te chwile płynnej mowy. Czasami Henry nie jest w stanie wykrztusić z siebie słowa. Jakby jakaś niewidzialna ręka ściskała go za gardło.

Henry Goldstein miał prawie 190 cm wzrostu. Był dobrze zbudowany. Ale nie tak jak Crabbe albo Goyle, których Bóg przy stwarzaniu pozbawił szyj (i połowy mózgów przy okazji). Henry po prostu miał kompatybilną z wzrostem masę mięśniową i wagę.

Lilly powiedziała mi kiedyś, że wiele dziewczyn patrzy na niego przychylnym okiem.

Proste, kruczoczarne włosy miał zmierzwione, jakoś tak lekko jamesowato. Ale to raczej nie efekt pracy grzebieniem i różdżką. Henry nie należał, nie należy i należeć nie będzie do grupki wypacykowanych bożyszcz pierwszoklasistek. To nie w jego stylu, albo raczej niezgodne z przekonaniami („Facet to facet”).

Matka Natura obdarzyła go „migdałowymi oczami w kolorze czekolady, z cudownie ciemną oprawą”, jak to stwierdziła Lilly.

Nie mam pojęcia co to znaczy.

Henry miał swoje hobby. Właściwie pasję. Od dziecka wpajano mu, że bycie Uzdrowicielem to zaszczyt. Taki sam, jaki spotkał każdą osobę należącą do jego rodziny, licząc pięć wieków wstecz. Wydaje mi się jednak, że Henry od urodzenia wiedział kim będzie w przyszłości i od tamtego czasu konsekwentnie do tego dąży.

-Czy ja w-wam na pewno nie p-przeszkadzam? – zapytał szczerze, a Lilly uśmiechnęła się ciepło. No tak. Sama powiedziała, że „Wiele dziewczyn uważa, że to jąkanie się Henryego jest urocze.”. Widocznie też do nich należała.

-Henry, chłopie! – powiedział Syriusz i przyjaźnie walnął go w plecy. Chłopak aż zakrztusił się żabą. – Przyjaciele moich znajomych, którzy ratują życie moich przyjaciół są moimi przyjaciółmi!

-Dz-dzięki. – uśmiechnął się z wdzięcznością.

-Poza tym… – wtrącił James – …wiesz czym jest Pneumonomania!

-Pneumonaemia. – poprawił go Henry.

-Nasz człowiek! – wykrzyknął Peter i wszyscy parsknęli śmiechem.

-Hej, hej! Zostało mi jeszcze sześć żab. To co? Jemy? – zapytała Lilly.

-No jasne! – odpowiedziałem i sięgnąłem do opakowania. Chyba jednak poniósł mnieentuzjazm. Ramię zapiekło ostrzegawczo, a potem drążący ból wypełnił całą jego powierzchnię. Zatrzymałem się w połowie ruchu i musiałem zacisnąć zęby, żeby nie jęknąć.

-Opuść ramię. – powiedział Henry doskakując do łóżka i chwytając mnie za nadgarstek i łokieć delikatnie ułożył moją rękę na podłożonej przez Lilly poduszce. Zrobił to tak profesjonalnie, że nic nie poczułem. Mało tego, ból wyraźnie zelżał. -Nie możesz jej teraz f-forsować. Jeżeli się p-przesilisz poleżysz tu z-ze dwa tygodnie z-z ok-kładem. – wytłumaczył.

-Dziękuję. – powiedziałem rozprostowując palce. – Henry, ja chciałbym…- utknąłem w połowie zdania, a Lilly w lot pochwyciła zarys kształtującej się sytuacji i pociągnęła Huncwotów za rękawy (co bardzo ucieszyło Jamesa, który nie omieszkał chwycić jej za rękę) i poprowadziła ich do oszklonej gabloty z eliksirami odczulającymi, gdzie wspaniale udawała zainteresowanie małym, rubinowoczerwonym flakonikiem.

Henry uśmiechnął się lekko zakłopotany.

-Henry dziękuję. Nie wiem co by się stało, gdyby cię tam nie było… - głos mi się lekko załamał.

-Nie dz-dziękuj. Ja po p-prostu…Z-zrobiłem co t-tylko m-mog-głem.

-To było…Ja naprawdę nie wiem jak mogę ci się za to odwdzięczyć… - chyba jeszcze nigdy nie czułem się tak zobowiązany. Naprawdę nie chcę myśleć co mogłoby się stać gdyby Henry był na innych zajęciach…

-P-po prostu uważaj n-na siebie. – i uśmiechnął się przyjacielsko – Mój t-tata z-zawsze mówi t-to pacjentom z-zan-nim wyjdą. – wyjaśnił, a ja wyszczerzyłem się w odpowiedzi.

Lilly i Huncwoci już wracali. James chyba ani na moment nie wypuścił dłoni swojej ukochanej, a i ona niespecjalnie się przed nim broniła.

-Zjedzmy je wreszcie, bo zaraz rozwalą to opakowanie. – powiedziała unosząc wierzgającą torebkę.

-No t-o jemy! – rzekł dziarsko Henry sięgając do środka w poszukiwaniu czekoladowej żaby.

Lilly, James, ja, Syriusz i Peter uśmiechnęliśmy się do siebie porozumiewawczo.

Henry Goldstein wreszcie znalazł sobie przyjaciół.


CDN...

<< Poprzednia część...








Autorka: Agnieszka Cieślawska

Opublikowane: 2006-08-10 (1281 odsłon)

[ Wróć ] | Powrót do strony głównej

Z ostatniej chwili
· Zabawny wywiad z Danem w
· Nowe figurki wchodzą na rynek
· Dołącz do redakcji!
· Sesja zdjęciowa Emmy dla "Vogue"
· Matt na konwencji Dragon*Con
Stats
Top Users
1Gosia199362480
2Aniaaa52060
3bellatrix48110
4gibol141245610
504beata44070
6Ala43410
7Marta_Evans42320
8Lina38500
9Elomi36730
10gosia4433820

zobacz ranking...

Prorok Codzienny
Zobacz archiwalne numery
Współpraca

harry potter

Harry Potter: gra MMORPG

POtzrebuje Pożyczki, zarobki na poziomie 2000zł
Potrzebuje pożyczki - kredytu - wysokość 10.000

SOHO
Jedno wielkie ZŁODZIEJSTWO. Nie polecam !!! Konta...

Szukam prywatnej pożyczki
Witam szukam prywatnej pożyczki gdyż jestem w bar...

Kategorie
· Wszystkie kategorie
· Fan Zone
· Filmy
· Gry
· HP News
· Inne
· Książki
Szukaj!


On-line
Aktualnie jest 29 gość(ci) i 1 użytkownik(ów) online.

Jesteś anonimowym użytkownikiem. Możesz się zarejestrować za darmo klikając tutaj
Zagłosuj!
Czego Ci brakuje najbardziej na stronie?




Wyniki
Ankiety

Głosów 0
© Copyright 2003-2008 by HPNews.pl .
P-Nuke Copyright © 2005 by Francisco Burzi.
Tworzenie strony: 0.28 sekund
Page created in 0.283144 Seconds